Secesja na razie wstrzymana, ale temat powróci

Po kadłubowym referendum katalońskim z 1 października napinanie politycznych muskułów w Barcelonie i Madrycie trwało prawie cztery tygodnie, aż wreszcie w miniony weekend doszło do formalnej konfrontacji.

Podczas meczów na Camp Nou obok klubowych flag FC Barcelona standardem są niepodległościowe katalońskie. Fot. FORUM

Parlament autonomicznej Katalonii w tajnym trybie przegłosował rezolucję o niepodległości republiki, chociaż bez określenia terminu jej proklamowania. W odpowiedzi parlament Hiszpanii, a konkretnie Senat zgodnie z konstytucją królestwa uchwalił natychmiastowe zawieszenie autonomii prowincji i przejęcie bezpośredniej władzy przez rząd centralny. Premier Mariano Rajoy zdymisjonował kataloński gabinet Carlesa Puidgemonta, mianował swoją zastępczynię Sorayę Saenz de Santamarię zarządcą komisarycznym i wyznaczył na 21 grudnia lokalne wybory. Odwołani rzecz jasna oświadczyli, że nie podporządkowują się decyzji Madrytu i nadal trzymają w Barcelonie władzę. Stracili jednak realne narzędzia owej władzy, w tym nadzór nad siłami porządkowymi, a przede wszystkim decyzyjność finansową.

Najbardziej optymistyczna jest informacja, że ta konfrontacja polityczna na razie nie przekłada się na zaostrzenie konfliktu ulicznego. Zwolennicy niepodległości Katalonii oraz utrzymania autonomii w ramach Hiszpanii rywalizują na liczebność ogromnych demonstracji, ale odbywają się one pokojowo. Co prawda podczas głosowania 1 października doszło do starć, ale uczestników niepodległościowego referendum z przysłaną przez Madryt policją, jako że prohiszpańska część Katalończyków wtedy została po prostu w domu.

Sondaże wskazują na utrzymywanie się równowagi między obiema grupami społeczeństwa. Idee niepodległości oraz zachowania autonomii mają po 42–43 proc. poparcia, a pozostałe 15 proc. to niezdecydowani. A zatem w naprawdę wolnym głosowaniu każdy wynik jest możliwy. Przypomnę, że brexit przeszedł procentowo 51,9 do 48,1, a wynik był niewiadomą do samego końca. Zatem obecnie licytowanie się w Katalonii, kto wyprowadził większe tłumy na ulicę nie ma sensu. Sprawdzianem może być tylko uczciwie przeprowadzone głosowanie. Ale nie znowu referendum, z założenia uznawane za nielegalne przez władze centralne i bojkotowane przez przeciwników oderwania się od Hiszpanii. Bardzo sensowne natomiast wydaje się masowe wzięcie przez obie strony udziału w wyborach 21 grudnia. Carles Puidgemont w pierwszym odruchu wezwał do bojkotu, ale raczej oswoi się z myślą o nieuchronności tego głosowania i przystąpi do intensywnej kampanii. Jego szansą jest skonsolidowanie tej części Katalończyków, którzy nie popierali kursu lokalnego rządu, ale obecnie są oburzeni ostrą reakcją Madrytu. Niektóre przesadne komentarze porównują ją nawet z epoką generała Franco…

Wyborczy sukces zwolenników niepodległości byłby silnym sygnałem, że naprawdę jest coś na rzeczy. Nie tylko dla królewskiego Madrytu, lecz przede wszystkim dla Unii Europejskiej. Wspólnota na razie stoi na traktatowym stanowisku, że ewentualna niepodległość Katalonii oznaczałaby automatyczne wyjście terytorium nowej republiki z UE oraz strefy euro, z koniecznością starania się o akcesję od zera. Analogiczna byłaby sytuacja z przynależnością do NATO. Secesja Katalonii została na razie wstrzymana i wydaje się niewyobrażalna, ale temat wkrótce powróci. Przed 23 czerwca 2016 r. jeszcze większą abstrakcją był brexit…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski