Starcie z Bułgarią jest nieuchronne

Członkostwo Polski w grupie gospodarczych potentatów G20 to polityczna mrzonka, jesteśmy w niej reprezentowani tylko pod flagą Unii Europejskiej. Dlatego władców kraju tak podnieca perspektywa chociażby chwilowego awansu Polski w Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) — objęcia w latach 2018–19 mandatu niestałego członka Rady Bezpieczeństwa (RB). Zabiegi rozpoczął rząd Donalda Tuska w 2009 r., konkretyzował je na sesjach ONZ prezydent Bronisław Komorowski, a na finiszu (głosowanie w czerwcu 2017 r.) pałeczkę podtrzymał także w Nowym Jorku prezydent Andrzej Duda.

Propaganda władzy ucieka od otwartego zdefiniowania głównego problemu wyborczego Polski.

Dziennikarz nie jest związany dyplomatyczną poprawnością, zatem nagłaśniam ów problem w tytule. Dwuletnie członkostwo RB przydzielane jest rotacyjnie według klucza geograficznego. Europa Środkowa i Wschodnia ma jedno miejsce, obsadzane 1 stycznia roku parzystego. Taki przydział wprowadzony został przez ONZ od 1966 r. i nie ma żadnego znaczenia fakt, że od 1990 r. w naszym regionie istotnie wzrosła liczba państw. Spowodowało to rozrzedzenie na osi czasu możliwości powtarzania niestałego członkostwa. W tym kontekście warto przypomnieć XX-wieczne mandaty Polski w RB od powstania ONZ. PRL zasiadała cztery razy: 1946–47, 1960 (w 1961 r. ustąpiliśmy Turcji), 1970–71 i 1982–83, natomiast III RP tylko raz, w kadencji 1996–97, po pokonaniu w głosowaniu ONZ również kandydującej Albanii. Ponownie zgłosiliśmy się w XXI wieku na kadencję 2010–11, ale rząd wycofał się po uznaniu, że nie mamy szans z… Bośnią i Hercegowiną.

Przesunięcie kandydatury Polski na kadencję 2018-19 wypada więc ocenić jako uczciwe. Nasz ambasador zasiadłby ponownie w RB po 22 latach, zatem się tam specjalnie nie pchamy. Niestety, na regionalne miejsce zgłosiła się także Bułgaria — właśnie się pchając i usiłując przeskoczyć kolejkę. Poprzednio mandat w RB sprawowała w latach 2002–03, czyli powinna odczekać do kadencji 2022–23 lub nawet dłużej. W rywalizacji polityków łaknących wizerunkowego sukcesu zasady fair play jednak nie istnieją. Dyplomacja bułgarska wystartowała znacznie wcześniej od polskiej, bo cel 2018–19 wytyczyła sobie od razu po zakończeniu poprzedniego członkostwa, w 2004 r. W relacji z wieloma państwami z dalekiego świata już dawno uprzedziła Polskę w tzw. wymianie poparć.

Ideałem jest sytuacja, gdy region wystawia jedną uzgodnioną kandydaturę. Na przykład piątka niestałych członków RB w obecnej kadencji 2016–17 wybrana została z automatu — na 193 państwa ONZ wszyscy kandydaci otrzymali w pierwszej turze od 177 do 187 głosów, w tym wydelegowana przez nasz region Ukraina. Ale w rywalizacji o kadencję 2018–19 Polska na pewno zetrze się z Bułgarią. Do wyboru potrzeba co najmniej 2/3 głosów, czyli 129. Głosowanie jest tajne i tak naprawdę nikt nie ma pewności co do postawy innych państw, nawet jeśli wymianę poparć uzgodniono notami dyplomatycznymi. Prezydent Andrzej Duda i minister Witold Waszczykowski zamierzają naiwnie namawiać państwa „znaczące w swoim regionie, które mogą przekonać sąsiadów do głosowania na Polskę”. Proponuję, by uzasadnianie wyższości Polski nad Bułgarią zaczęli od… Grupy Wyszehradzkiej. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski