Unia aktywuje uśpioną politykę

W hierarchii unijnych polityk obronna dotychczas znajdowała się bardzo daleko za rolną czy spójnościową.

Akcesję Polski do Unii Europejskiej (UE), która nastąpiła 1 maja 2004 r., wyprzedziło o ponad pięć lat uzyskanie członkostwa w Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), sformalizowane 12 marca 1999 r. W powszechnym odbiorze społecznym bardzo klarowny był rozdział celów obu organizacji oraz sens przynależności kraju do każdej z nich. Notabene członkostwo Polski w NATO ratyfikowane zostało zwykłą ścieżką ustawową, chociaż przy pełnej akceptacji społecznej potwierdzonej badaniami opinii, natomiast akcesję do UE zatwierdziliśmy zbiorowo w pamiętnym referendum 7-8 czerwca 2003 r. Gdyby jednak dzisiaj zapytać głosujących wtedy pozytywnie, czy na pewno wiedzieli o niektórych konsekwencjach — to odpowiedź często wywołałaby ich zakłopotanie. Przede wszystkim nie wszyscy mieli 14 lat temu pojęcie, że głosują również za nieodwołalnym zastąpieniem złotego przez euro, chociaż bez ustalonego terminu i dopiero po spełnieniu ostrych kryteriów. Drugą zaś niespodzianką niewątpliwie jest okoliczność, iż UE to wspólnota również… militarna.

Rzecz jasna w traktatach nazwane jest to bardziej elegancko wspólną polityką obronną. W hierarchii unijnych polityk dotychczas znajdowała się ona bardzo daleko za rolną czy spójnościową. Ogromna była różnica w wydatkach przeznaczanych w budżetach wieloletnich i rocznych. Ale niepokojąca sytuacja w zakresie bezpieczeństwa powoduje, że brukselski planowy szczyt Rady Europejskiej (RE) postanowił wreszcie ożywić traktatowe zapisy i zapalić zielone światło dla uruchomienia stałej współpracy strukturalnej w dziedzinie obronności — PESCO (Permanent Structured Cooperation). Unijnym standardem jest dojrzewanie takich decyzji bardzo długo i za kilkoma podejściami. Pogłębienie współpracy wojskowej można znaleźć już w konkluzjach takiego samego szczytu RE z 2013 r. Jednak po kierunkowych ustaleniach natychmiast zaczęły się wtedy piętrzyć szczegółowe problemy. Punktem radykalnie dzielącym partnerów, nawet tak bliskich jak Niemcy i Francja, jest choćby stosunek do wysyłania misji interwencyjnych. Paryż popiera rozpinanie nad wojskowymi kontyngentami unijnej flagi, Berlin zgadza się co najwyżej na wspieranie sprzętowe. Ten przykład to tylko wierzchołek góry lodowej rozbieżności.

Dotychczas głównym oponentem uaktywniania polityki obronnej było Zjednoczone Królestwo. Londyn konsekwentnie stawia na NATO i uważa, że dublowanie zadań w obszarze bezpieczeństwa przez UE tylko osłabia sojusz przeznaczony do realnej obrony Europy. Po rozpoczęciu formalnej procedury brexitu głos premier Theresy May staje się już tylko doradczy. Na razie trudno jeszcze powiedzieć, co na to wszystko prezydent Donald Trump. Może wypowie się 6 lipca w Warszawie? Niedawno na szczycie NATO krytykował europejskich członków za miganie się od ponoszenia obciążeń finansowych, które sami przecież zatwierdzili na szczycie w Newport. Sztabowców sojuszu rzeczywiście może zdumiewać, że państwa tak skąpiące z budżetów narodowych zarazem popierają wspólne wydatki unijne w formie Europejskiego Funduszu Obronnego. Jego koncepcja na szczęście zakłada, iż stanie się dźwignią dla finansowania krajowego, dzięki czemu trochę okrężnie wzrośnie także potencjał NATO. Albowiem zdecydowana większość liczących się członków UE należy również do sojuszu, na zewnątrz pozostają tylko państwa tradycyjnie neutralne oraz maluchy.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski