W unijnym mrowisku wrze

BREXIT — I CO DALEJ: na początek szczyt Rady Europy, na którym…

Flagi UE

Kończący półrocze zwyczajny szczyt Rady Europejskiej (RE) pierwotnie zaplanowany był standardowo na czwartek-piątek 23- 24 czerwca. Premier David Cameron wszedł jednak w kalendarzową szkodę, wyznaczając bez porozumienia z Brukselą termin brexitowego referendum na czwartek — czyli tradycyjny dzień głosowań brytyjskich — 23 czerwca. W związku z tym przewodniczący Donald Tusk przesunął zbiórkę szefów państw i rządów na wtorek-środę 28-29 czerwca. Oczywiście zakładał, że wszyscy będą z ulgą gratulowali brytyjskiemu koledze politycznego zwycięstwa. Tymczasem okazało się, że premier przelicytował i wprowadził Zjednoczone Królestwo i Unię Europejską w bardzo głęboką szkodę, przy której owa kalendarzowa to pikuś…

Okoliczność, że niemal natychmiast po referendum zbiera się najważniejszy unijny organ decyzyjny, jest dość szczęsna. Pozostańmy przy nadziei, że dwudniowy szczyt przynajmniej uruchomi politycznie żmudną procedurę prawną brexitu i przerwie rozmaite pochopne ruchy polityczne, do których odnosi się powyższy tytuł. Zapoczątkowane zostały od razu w weekend spotkaniem ministrów spraw zagranicznych unijnego twardego jądra, czyli sześciu państw założycielskich Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Odpowiedzią nowych państw członkowskich, w tym Polski i całej Grupy Wyszehradzkiej, były równie nerwowe spotkania kadłubowe w poniedziałek. Fatalnie zachowała się kończąca kadencję prezydencja holenderska Rady UE, która powinna zwołać komplet ministrów spraw zagranicznych w poniedziałek. Pozwoliłoby to uniknąć w wigilię szczytu przywódców upowszechniania takich niedorzeczności, jak znana od dawna francusko-niemiecka propozycja przekształcenia UE w coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy.

Na obecnym szczycie David Cameron oczywiście jeszcze nie notyfikuje w RE oficjalnego wniosku o wystąpieniu z UE. Przecież samo techniczne przetworzenie wyniku głosowania z 23 czerwca na państwowe dokumenty musi potrwać. Trzeba pamiętać, że oficjalne powiadomienie o woli wystąpienia państwa automatycznie usuwa je z grona decyzyjnego — zaczyna się formuła UE-27, a brak głosu przy stole radykalnie zmniejsza szanse na wynegocjowanie jak najkorzystniejszych warunków brexitu. Dlatego nie można wykluczyć, że nowy premier brytyjski będzie kombinował sprytne odwrócenie kolejności — najpierw wynegocjowanie trybu wystąpienia, a dopiero na końcu formalne uruchomienie procedury z art. 50 traktatu. Największym brakiem tego przepisu jest nieokreślenie, w jakim terminie wniosek powinien wpłynąć. Teoretycznie można sobie zatem wyobrazić, że Londyn złoży dokumenty brexitu za… kilka lat! Zdecydowanie przedłużyłoby to niepewność inwestorów i generalnie zatrwożonego biznesu, ale rozszerzyłoby pole politycznego manewru.

W takich rozchwianych okolicznościach przypomina mi się prawda mojego ulubionego filozofa — Sokratesa.

Zanim został stracony, intrygował twierdzeniem „Wiem, że nic nie wiem”. Dosłownie to skrót utworzony na podstawie przekazu Platona, który tak opisywał Sokratesa: „Jemu się zdaje, że coś wie, choć nic nie wie, a ja — ja nic nie wiem, tak mi się nawet i nie zdaje”. W kwestii procedury i terminu brexitu na razie mniej więcej tak się czujemy. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski