W Senacie budżet stanął na rozdrożu

Skrócony świętem Trzech Króli pierwszy tydzień roku jest na politycznych szczytach państwa odpowiednikiem rozbiegu skoczni narciarskiej.

Rządzący i opozycja prężą muskuły i nabierają energii kinetycznej, a wybicie z progu nastąpi w środę 11 stycznia. Wtedy obie izby parlamentu po bardzo długich feriach wznawiają posiedzenia plenarne. Wcześniej, o godz. 9, zaczyna Senat — od rozpatrzenia przysłanej z Sejmu ustawy budżetowej, anormalnie przyjętej 16 grudnia na Sali Kolumnowej. Izba poselska zbiera się zaś w południe — na razie jeszcze nie wiadomo, w której sali.

Uwaga polityków, opinii społecznej i mediów koncentruje się na widowiskowej próbie sił w Sejmie.

Tymczasem dla sfery finansów publicznych, szeroko rozumianej gospodarki i w praktyce dla całego życia publicznego nie mniej ważna jest równoczesna, ale przyciszona rozgrywka budżetowa w Senacie. Druga izba — równie często co bezmyślnie w III Rzeczypospolitej tytułowana wyższą, bez jakichkolwiek podstaw konstytucyjnych — stoi na rozdrożu, jak potraktować wersję ustawy przysłaną z izby pierwszej. Rozstrzygnie oczywiście wszechwładny prezes Jarosław Kaczyński, bo przecież senatorowie Prawa i Sprawiedliwości potulnie wykonają jego wolę.

Notabene nad budżetem będą mieli komfort obradowania we własnym 64-osobowym gronie, jako że nikt z 33-osobowego klubu Platformy Obywatelskiej się nie stawi, a trudno także liczyć na trójkę senatorów niezrzeszonych. Będzie to zatem polityczna powtórka kadłubowej, ograniczonej do jednego klubu debaty sejmowej z 16 grudnia, tyle że senacka odbędzie się we właściwej sali i z wykorzystaniem elektronicznego systemu liczenia głosów. W każdym razie 11 stycznia quorum będzie bez żadnych wątpliwości.

Nie bardzo tylko wiadomo, czy w Senacie liczydło komputerowe w ogóle będzie potrzebne.

Budżet państwa na 2017 r. może zostać bowiem potraktowany zgodnie ze szkołą falenicką albo otwocką. Na marginesie — to popularne powiedzenie rozeszło się na całą Polskę z… Józefowa, leżącego właśnie między Falenicą a Otwockiem. Jedna szkoła podpowiada, by ustawa budżetowa została klepnięta przez Senat od ręki i bez jakiejkolwiek poprawki, aby natychmiast trafiła do automatycznego podpisu prezydenta, a stamtąd równie szybko do Dziennika Ustaw.

Po jej opublikowaniu walka opozycji o transparentne uchwalenie tegorocznego budżetu stałaby się już bezprzedmiotowa. Druga szkoła podpowiada dokładnie odwrotnie — że Senat powinien przyjąć bardzo dużo poprawek, być może nawet… wszystkie opozycyjne odrzucone 16 grudnia. Oznaczałoby to powrót ustawy do Sejmu, który głosami mającego większość bezwzględną i zdyscyplinowanego klubu PiS wszystkie senackie poprawki by… odrzucił. Ale tym razem już bardzo uczciwie i przejrzyście, każdą osobno, z wykorzystaniem systemu liczenia elektronicznego.

Taka dość pokrętna z pozoru procedura miałaby jedną gigantyczną zaletę. Otóż legitymizowałaby budżet państwa, czyli coroczną ustawę najważniejszą po Konstytucji RP, zdejmując z niego odium możliwej nieprawomocności. Teraz pytanie czysto retoryczne — absolwentem której szkoły jest prezes?

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski