Walec PiS czasem jednak musi przystopować

Triumfują wójtowie/burmistrzowie/prezydenci, którzy będą mogli ubiegać się o nawet… piątą kadencję w wyborach bezpośrednich.

Prezes Jarosław Kaczyński bardzo nie lubi wycofywać się z ogłoszonych już publicznie swoich planów pod wpływem gniewu suwerena. Fot. Krystian Maj - FORUM

Podczas IX Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach zdecydowana większość debat miała przebieg merytoryczny, oderwany od tak znanego z parlamentu zgiełku partyjnego. Ale były wyjątki — panele samorządowe. Gdy posadzi się przy jednym stole reprezentantów Sejmu i prezydenta oraz np. marszałków województw z PO i PSL — toczą się dwa monologi, które absolutnie nie są rozmową. Takie relacje rządu i samorządu, przynajmniej w sejmikach i metropoliach, utrzymają się na pewno do końca 2018 r. Dlatego władcy kraju od dawna kombinują, jak forsowanietzw. dobrej zmiany w samorządzie wspomóc chwytami w kodeksie wyborczym.

Okazuje się jednak, że gniew samorządowego suwerena czasem stopuje nawet wszechmogące PiS. Zwłaszcza że niektóre pomysły centrali uderzają również w ludzi tej partii na dole samorządowej drabiny. Niedawno upadł pomysł takiego zmanipulowania wyborami prezydenta Warszawy, aby został nim śniący o tym fotelu Jacek Sasin. Utworzenie sensownej metropolii warszawskiej jest bardzo potrzebne, ale nie może odbywać się w trybie tak nieuczciwym wobec mieszkańców stolicy i okolic. Obecnie zaś sam prezes Jarosław Kaczyński wycofał się z pomysłu, by limit dwukadencyjności wójtów/ burmistrzów/prezydentów dotyczył osób już zajmujących te stanowiska. Przepis wejdzie w życie od wyborów jesienią 2018 r., ale realnie zaistnieje w obiegu prawnym dopiero od

2026 r. Kłótnia w tej sprawie potwierdza, jak wielkim błędem było nieustalenie limitu kadencji od razu w 2002 r., gdy SLD wprowadzał bezpośrednie wybory włodarzy gmin/miast.

Triumfują zatem wójtowie/burmistrzowie/prezydenci, którzy będą mogli ubiegać się o nawet… piątą kadencję w wyborach bezpośrednich. Ale fanfary słychać także z kręgów PiS, a dokładniej — prezydenta. Ponoć to Andrzej Duda wpłynął na prezesa, aby ten wycofał się z otwierania nowego konfliktu. To kolejny sygnał podejmowania przez nominalną głowę państwa nieśmiałych prób odpępnienia się od szefa. Pierwszym był autorski projekt referendum konstytucyjnego w 2018 r. Andrzej Duda stopniowo rozwija swój zaskakujący, a w szczegółach zdumiewający pomysł. Widziałby aż… kilkanaście pytań, a przecież percepcja statystycznego polskiego wyborcy oraz wydolność liczących wyniki komisji obwodowych wytrzymuje najwyżej pięć-sześć. Jeszcze bardziej szokująca była prezydencka teza, że referendum „…mogłoby się odbyć 11 listopada 2018 r. albo w tym okresie”. Pierwszy człon zdania zasługuje na słowa, których nie użyję ze względu na szacunek dla czytelników, a także samego autora. Na szczęście prezydent się zaasekurował, wskazując także, powiedzmy, niedzielę 4 listopada 2018 r. Termin również beznadziejny, ale już dopuszczalny. Jeśli autor referendum myśli poważnie o wymaganej frekwencji powyżej 50 proc., to po prostu musi celować w początek czerwca 2018 r. lub drugą połowę września. To sprawdzone w Polsce terminy najbardziej sprzyjające wszelkim głosowaniom. Przywiązanie referendum do okresu 100. rocznicy odzyskania niepodległości, która wypada akurat w listopadowe szarugi, to frekwencyjny strzał w stopę, z góry czyniący całe referendum bezprzedmiotowym.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski