Walka o trójpodział, którego nie ma i nie było

Kryzys, z jakim mamy do czynienia w przypadku Trybunału Konstytucyjnego pokazał dobitnie, że mechanizmy, które powinny zabezpieczać działalność instytucji w przypadku nadużyć, nie działają. Jednym z problemów jest brak wzajemnej kontroli władz, a właściwie, bo tak trzeba to nazwać, ich fikcyjny podział. Oraz problem z legitymizacją niektórych jej elementów.

Warszawa. 08.03.2016 Rozprawa Trybunalu Konstytucyjnego o ustawie o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym autorstwa PiS. n/z Fot: Krystian Maj/FORUM

Klasyczne koncepcje podziału władzy zakładały przede wszystkim podział na władzę monarchy (który, powołując swoich ministrów, tworzył coś w rodzaju rządu) i dwuizbowy parlament – w którym niższa izba, złożona z przedstawicieli społeczeństwa, miała być „poskramiana” przez izbę wyższą – gdzie zasiadała arystokracja.

Co (i kto) daje władzę

Jako obywatele wybieramy bezpośrednio jedynie parlament i prezydenta. Główny organ władzy wykonawczej, czyli premiera i rząd, wybiera… władza ustawodawcza. Więcej – nie ma przeciwwskazań, by poseł był jednocześnie członkiem rządu!

Podobnie sprawa ma się w przypadku władzy sądowniczej. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego są wybierani są przez Sejm (i ani długa kadencja, ani zakaz ponownego wyboru, ani zwiększona liczba posłów wymagana do zgłoszenia sędziego nie mają tu żadnego znaczenia). Nieco lepiej wygląda sprawa z Sądem Najwyższym – tu, choć sędziów powołuje prezydent, dzieje się to na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa.

Oczywiście można się w tym przypadku zastanowić, na ile takie powoływanie władz (bo i rząd, i sędziowie są władzą z punktu widzenia zasady trójpodziału) jest demokratyczne (na tę kwestię zamierzam poświęcić osobny wpis). Tymczasem dotknijmy innego problemu – problemu legitymizacji władzy.

Jednym z ulubionych argumentów Prawa i Sprawiedliwości, uzasadniającym wprowadzanie kontrowersyjnych zmian, jest powoływanie się na wolę narodu, który w powszechnych wyborach powierzył tej partii sprawowanie władzy – i trudno się z tym argumentem nie zgodzić. Co więcej, nie jest to argument nowy – w latach 1990-1995 takiego uzasadnienia w licznych sporach z rządem (a właściwie rządami(używał Lech Wałęsa – wszak był bezpośrednio wybrany przez obywateli na urząd prezydenta, czego nie można powiedzieć o premierze czy ministrach.

Odkrycie: sądy nie są parlamentem

Na tym polu istnieje znaczna możliwość nadużyć. W ślepą uliczkę sam zapędził się wicemarszałek Ryszard Terlecki:

Niestety mamy do czynienia z przykrym wydarzeniem i należą się słowa potępienia dla tego rodzaju działań politycznych sędziów, a także próby wywarcia nacisku na środowisko sędziowskie, aby nie stosowało się do prawa, tylko do decyzji jakiegoś gremium, które uzurpuje sobie pozycję trzeciej izby parlamentu, czy najwyższej władzy w Polsce.

Sądy nie są bowiem trzecią izbą parlamentu – gdyż nie należą do władzy ustawodawczej. Nie warto mieć złudzeń – trójpodział władz w żadnym systemie nie działa jako równowaga idealna. Jednak obecny stosunek posłów czy członków rządu do sądów, jest, delikatnie mówiąc, ryzykowny. Z racji faktu, że sędziowie nie pochodzą z wyborów powszechnych, a w przypadku Trybunału Konstytucyjnego wręcz z nadania politycznego, można uderzać w nie w dowolny sposób, skutecznie pomijając informację o tym, że są właśnie elementem władzy. Mogą być co najwyżej „elementem poprzedniego systemu”.

Nie jestem prawnikiem, dlatego nie zamierzam wypowiadać się szczegółowo w kwestii zmian, jakie powinny nastąpić w sądownictwie. Nie mam też gotowych pomysłów na rozwiązanie obecnego kryzysu konstytucyjnego. Jednak w sytuacji, gdy poprzednia koalicja i obecna większość wyrzuciły na śmietnik istotny element nietrwałej, żmudnie wypracowywanej od ćwierćwiecza kultury politycznej i pewnej zgodności co do procedur, być może powinniśmy zastanowić się poważnie nad włączeniem obywateli w wybór sędziów. Oczywiście – to rozwiązanie ma wiele wad. Ale gdyby obecny system ich nie miał, ten wpis w ogóle by nie powstał.

Mateusz Szymański
Mateusz Szymański