Wizerunkowa kraksa państwa

Stopień przestrzegania przez obie strony kolizji w Oświęcimiu przepisów w konkretnym punkcie, na skrzyżowaniu ulicy Powstańców Śląskich z ulicą Orzeszkowej, jest tajemnicą państwową.

Zeznania składane przez urzędującego prezesa Rady Ministrów w prokuraturze są bezdyskusyjnie wydarzeniem niecodziennym. Tym razem przyczyna była prozaiczna — Beata Szydło zeznawała jako osoba poszkodowana w wypadku drogowym, do którego doszło w piątek 10 lutego w Oświęcimiu, dosłownie kilka minut przed jej dotarciem na weekend do domu w Przecieszynie. Wczoraj pod siedzibę Prokuratury Okręgowej w Krakowie rozbudowana kolumna pani premier podjechała w obiektywach kamer wzorcowo, przestrzegając wręcz po aptekarsku prawa o ruchu drogowym. Tajemnicą państwową jest natomiast stopień przestrzegania przez obie strony kolizji z 10 lutego przepisów w konkretnym punkcie — na skrzyżowaniu ulicy Powstańców Śląskich z podporządkowaną ulicą Orzeszkowej.

Kraksa szczęśliwie ograniczona w sferze urazów ludzkich stała się wizerunkowym nieszczęściem władzy.

Propagandowym priorytetem PiS jest przecież umacnianie społecznego poczucia bezpieczeństwa — a tu taka autowpadka. Zwłaszcza że od rozpoczęcia tzw. dobrej zmiany kolizja w Oświęcimiu to już kolejne zagrożenie dla jednego z dwóch VIP-ów chronionych w Polsce najściślej — pechowy ciąg rozpoczął 4 marca 2016 r. (też w piątek…) wystrzał opony wozu prezydenta Andrzeja Dudy. Niedawno zaś jak najgorzej zapisał się minister Antoni Macierewicz, który 25 stycznia jako uczestnik (chociaż pasażer) stłuczki pod Toruniem uszedł stamtąd bez złożenia jakichkolwiek wyjaśnień. Do incydentów krajowych wypada dodać dzwon wozów z kolumny Beaty Szydło podczas jej wizyty 21 listopada 2016 r. w Izraelu, za który odpowiadali oczywiście gospodarze, ale który w przekazie globalnym został przyklejony do osoby premiera Polski.

Od kolizji w Oświęcimiu władza twardo trzyma się tezy, że odpowiedzialność procentowo rozkłada się 100:0 na niekorzyść 21-letniego kierowcy seicento.

Tymczasem w zdarzeniach drogowych takich proporcji nie ma — nawet gdy kierowca jest np. taranowany na własnym zielonym świetle lub trafia go czołowo drogowy bandyta z przeciwka, to wykazuje się za słabym (często dla uratowania własnego życia) refleksem. W sprawie wieczornej kolizji w Oświęcimiu zebrałem opinie dwóch dobrze znanych byłych wysokich oficerów Biura Ochrony Rządu (BOR). Na podstawie wieloletnich doświadczeń wypunktowali takie dwie bardzo realne przyczyny po stronie ich dawnej firmy, które radykalnie mogą zmienić procentowy rozkład odpowiedzialności: Przejeżdżając koło galerii handlowej i przez rondo, kolumna prawidłowo dawała sygnały świetlne i dźwiękowe, ale 200 metrów dalej na prostej ulicy w punkcie kolizji mogła być już — niezgodnie z prawem — wyciszona. Taki jest wieloletni standard BOR, notabene często… na życzenie proszących o chwilę wytchnienia dla własnych uszu VIP-ów. Z nagrań wynika, że prowadzący samochód z sygnałami świetlnymi odskoczył aż na około 30 metrów, zatem przy ul. Orzeszkowej to… w ogóle nie była kolumna! Audi bez żadnych kogutów z panią premier było zatem w tym momencie… zwyczajnym samochodem, wyprzedzającym seicento na skrzyżowaniu lewą stroną na podwójnej ciągłej. Żadne przepisy powszechnie obowiązujące, niestety, nie regulują odległości między pojazdami w kolumnie, ale zbyt wielkie odjechanie pilota od wozu z VIP-em złamało wewnętrzne procedury.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski