Wyborcza obietnica prezydenta na bocznym torze

Na wstępie muszę dokonać samokrytycznej autopoprawki w komentarzu piątkowym.

Andrzej Duda podczas wieczoru wyborczego Fot. Bloomberg

Pisząc o ustawie budżetowej 2016 według stanu wiedzy z wieczora zbytnio zaufałem harmonogramowi Sejmu, że w nocnym maratonie głosowań zostanie ona uchwalona. Okazuje się jednak, że nawet PiS-owski walec czasem ulega materiałowemu zmęczeniu. Po drugiej w nocy Sejm zawiesił rozpatrywanie wniosków mniejszości i dokończył procedurę w piątek.

Napinając krótką kołdrę PiS radykalnie zróżnicowało potraktowanie dwóch obciążających budżet obietnic wyborczych. Absolutny priorytet otrzymało zrealizowanie obietnicy premier Beaty Szydło — 500 zł na dziecko. Konkretny projekt ustawy zostanie przyjęty przez rząd 2 lutego, ale jest już znany. W stosunku do hasła rzucanego w kampanii zachodzi strategiczna zmiana — kandydatka mówiła o wypłacie na każde dziecko, tymczasem wobec pierwszego postawione zostały ostre warunki. Ale nawet tak okrojony program ledwie się dopina na poziomie budżetu państwa, a realizująceto nowe zadanie gminy już wiedzą, że będą musiały do jego obsługi dołożyć, tnąc inwestycje. Generalnie jednak obowiązuje doktryna — wszystkie ręce na budżetowy pokład.

Całkowicie na boczny tor została natomiast skierowana obietnica prezydenta Andrzeja Dudy zwiększenia kwoty wolnej od podatku.

Przypomnę, że w kampanii kandydat PiS jechał na kilku nośnych hasłach. Oprócz przywrócenia niższego wieku emerytalnego, najbardziej nagłaśniał zwiększenie rocznej kwoty wolnej od podatku do 8000 zł. Co stricte formalnie miało oczywiście uzasadnienie, ale zarazem stanowiło równie sprytny, co nieczysty chwyt socjotechniczny.Nierozumiejący gry liczb prosty podatnik i zarazem wyborca stworzył sobie bowiem miraż, że aż o tyle będzie rocznie pomniejszał własny PIT! Tymczasem chodzi o roczne odliczanie jedynie… 1440 zł. Cały prezydencki projekt ograniczył się do zmiany w ustawie o PIT jednej liczby — najubożsi obywatele z roczną kwotą podstawy do 85 528 zł obliczą 18 proc. i zmniejszą swój podatek nie o 556,02 zł, lecz o 1440 zł. Odpowiednio skorzystają podatnicy z rocznego przedziału powyżej 85 528 zł. Realna korzyść w przeliczeniu miesięcznym wyniesie zaś… niecałe 74 zł. To jest kwota najprawdziwsza, albowiem w Polsce myśląc o płacach, dochodach, podatkach etc. tradycyjnie trzymamy się wymiaru miesięcznego.

Oprócz zmiany liczby, drugim elementem prezydenckiej ustawy stała się data jej wejścia w życie. Głowa państwa wpisała 1 stycznia 2016 r., a zatem od tego dnia większa kwota wolna miałaby być uwzględniana przez płatników przekazujących do skarbówki miesięczne zaliczki PIT, a dla samych podatników realnie wystąpiłaby w zeznaniach za 2016 r., czyli mniej więcej w marcu/kwietniu 2017 r. Jednak już pierwsze czytanie projektu, które Sejm przeprowadził 2 grudnia 2015 r., potwierdziło, że naiwnie wpisana data to absolutna fikcja. Nie odniosła się do niej choćby słowem prezentująca projekt prezydencka prawniczka Anna Surówka- Pasek, ani nikt z decydentów z PiS. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego, nakazujący odmrożenie kwoty wolnej, daje Sejmowi czas do 30 listopada 2016 r. Czyli wszystko się terminowo zbiegnie i nowa kwota wejdzie w życie od 1 stycznia 2017 r., z odpowiednim vacatio legis. Prezydencki projekt wymaga wykonania naprawdę wielkiej, spokojnej pracy przez Ministerstwo Finansów, albowiem nie tylko obniża dochody budżetu centralnego, lecz demoluje finanse gmin i powiatów. Reasumując zatem — dlaczego w ogóle w projekcie prezydenta znalazła się niemożliwa, a w obecnych realiach budżetowych wręcz szkodliwa dla państwa data 1 stycznia 2016 r.? © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski