Wzrost stawek to kolejny haracz

Jednostkowe różnice groszowe zsumowane obciążą przedsiębiorców miliardami.

Minister Elżbiecie Rafalskiej, prezydentowi Andrzejowi Dudzie i przewodniczącemu Piotrowi Dudzie strona pracodawców w RDS tak naprawdę nie jest potrzebna.

Od utworzenia w 2015 r. Rady Dialogu Społecznego (RDS) jej roczne przewodnictwo sprawowali związkowcy, a konkretnie — Piotr Duda, przewodniczący Solidarności. W drugim roku pałeczkę przejęli pracodawcy, a personalnie — Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan. Niewiele to jednak zmieniło w realnym znaczeniu platformy trójstronnego dialogu społecznego. Ważne projekty ustaw, wnoszone ścieżką niby-poselską, nadal w ogóle nie trafiają do RDS. W sprawach rozpatrywanych zaś standardem jest wynik 2:1 — rząd PiS trzyma sztamę z Solidarnością, do której naturalnie przyłączają się Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) i Forum Związków Zawodowych (FZZ), a strona pracodawców staje się „tym trzecim”.

Obecnie w RDS trwa rozgrywka nie o ustawę, lecz o rozporządzenie Rady Ministrów. Zgodnie z jego projektem od 1 stycznia 2018 r. mają wzrosnąć minimalne stawki brutto: płacy miesięcznej — z 2000 zł do 2080 zł, a płacy godzinowej — z 13,00 zł do 13,50 zł. Notabene minister Elżbieta Rafalska hojnie proponowała 2100 zł, a centrale OPZZ i FZZ szły na całość do wysokości… 2220 zł. Cztery organizacje biznesowe, czyli Pracodawcy RP, Lewiatan, Business Centre Club i Związek Rzemiosła Polskiego podtrzymują opinię, że stawki powinny wzrosnąć do 2050 zł oraz 13,30 zł. Strona pracodawców w RDS opiera się na zapisach ustawowych i precyzyjnych wyliczeniach. Jednostkowe różnice groszowe zsumowane obciążą przedsiębiorców miliardami. Realnie tylko 52 proc. podwyżki stawek trafi do pracowników, a reszta obligatoryjnie zasili państwowe fundusze, czyli generalnie budżet. Najgorsze, że wspomniany w tytule haracz w żaden sposób nie jest powiązany ze wzrostem produktywności, to czysta decyzja polityczna.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski