Zatrzasnęło się wieko nad Niceą

Zasada tzw. podwójnej większości głosów to preferencja dla potentatów, ale zarazem akcent na unijną kulturę konsensusu i budowania kompromisów.

Niedoszły „premier z Krakowa” Jan Rokita upamiętnił się nie tylko krzykiem w samolocie „Biją mnie Niemcy!”, lecz równie dramatyczną tezą sejmową „Nicea albo śmierć!”. Utrzymany w takiej poetyce tytuł dotyczy wygaśnięcia 31 marca resztówek unijnego traktatu z Nicei, podpisanego w 2001 r. Generalnie utracił on moc już 1 listopada 2014 r., ale w głosowaniach na posiedzeniach ministerialnej Rady UE jeszcze do minionego piątku każde państwo mogło, w sytuacjach wyjątkowych, wnioskować o zastosowanie odchodzącego systemu. Od poniedziałku w brukselskich procedurach obowiązuje już wyłącznie zasada tzw. podwójnej większości, wprowadzona traktatem lizbońskim z 2007 r.

Uzgodniony w Nicei, podczas szczytu Rady Europejskiej (RE) trwającego aż trzy dni, traktat miał dla Polski znaczenie szczególne. Było to ponad trzy lata przed naszą akcesją, gdy udział premiera (Jerzego Buzka, a później Leszka Millera) w szczytach ograniczał się do krótkiej bytności na obiedzie, a decyzje podejmowało 15 państw członkowskich, chociaż dotyczyły one także kandydujących. Wtedy komentarzowi po Nicei nadałem tytuł „Akcje Polski poszybowały nadspodziewanie wysoko”. Otóż w przydziale tzw. głosów ważonych przy podejmowaniu decyzji państwa wielkiej czwórki — Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy — otrzymały po 29, a tuż za nimi znalazły się Hiszpania i Polska z pakietami po 27. Następna w kolejności, kandydująca Rumunia, otrzymała 14. Podstawą przydziałów była liczba ludności, ale nie zastosowano zwykłej proporcjonalności, liczyła się także ogólna siła polityczna państwa. Zestawienie ówczesnej potęgi Polski ledwie kandydującej (ale będącej już członkiem NATO) z obecnym skarleniem na unijnym forum, symbolizowanym klęską rządu 1:27 w głosowaniu nad odnowieniem mandatu przewodniczącego RE, to naprawdę niebo a ziemia.

System podwójnej większości oznacza, że pojedynczy głos Polski relatywnie znaczy mniej. Tym trudniejsze i zarazem ważniejsze staje się budowanie koalicji wokół tematów ważnych, zarówno przy ich popieraniu, jak i wyrażaniu sprzeciwu. W wersji nicejskiej wniosek Komisji Europejskiej wymagał 74,8 proc. głosów ważonych z państw reprezentujących 62 proc. ludności UE. Obecnie większość kwalifikowaną przy takim wniosku stanowi co najmniej 55 proc. państw, reprezentujących 65 proc. unijnych obywateli. To preferencja dla potentatów, ale zarazem akcent na unijną kulturę konsensusu i budowania kompromisów.

Jak rząd PiS pasuje do takiej kultury — udowodnił 9 marca przy reelekcji Donalda Tuska. Ale nieco wcześniej ponieśliśmy ważną porażkę merytoryczną na forum ministrów środowiska, w sprawie reformy ETS, czyli systemu pozwoleń na emisję dwutlenku węgla. Jan Szyszko zebrał kolegów (ale np. z Grupy Wyszehradzkiej poparł go tylko minister z Węgier), sprzeciwiających się zaostrzeniu polityki klimatycznej. Według procedury nicejskiej faktycznie byłaby to mniejszość blokująca, ale ponieważ finalne głosowanie legislacyjne odbędzie się już po 31 marca — prezydencja maltańska przyjęła jako obowiązującą już zasadę podwójnej większości i sprzeciw upadł. Hipotetycznie przysługuje droga odwoławcza do RE, czyli… tak, tak, do Donalda Tuska.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski