Zaufanie jest wartością ulotną

Studniówkę gabinetu Beaty Szydło opozycyjna Platforma Obywatelska upamiętniła złożeniem wniosku o wotum nieufności wobec Mariusza Błaszczaka, ministra spraw wewnętrznych i administracji. W poprzednich kadencjach Sejmu opozycyjne inicjatywy aż tak szybko się nie objawiały. Los wniosku będzie taki jak zawsze w III RP — jeszcze nigdy minister nie został usunięty w trybie wotum nieufności. Zwracam uwagę, że rządowa większość właściwie… nic nie musi robić, może nawet nie uczestniczyć w głosowaniu. To wnioskodawcy muszą uzbierać co najmniej 231 głosów. Konstytucyjna poprzeczka zawieszona na takiej wysokości zawsze okazuje się dla opozycji nieosiągalna. W całych dziejach III RP najbliżej usunięcia w trybie wotum nieufności był w 2000 r. Emil Wąsacz, minister skarbu u premiera Jerzego Buzka — zebrał aż 229 głosów, czyli… prawie. Ale wtedy odwołanie ministra poparło wielu posłów rządzącej Akcji Wyborczej Solidarność — nigdy potem takie zjawisko już nie wystąpiło.

Sejm, expose Beaty Szydło Fot. Marek Wiśniewski

Sygnatariusze wniosku wcale nie ukrywają, że to polityczny akt rozpaczy. Po prostu szukali jakiegoś nawet nie kija, lecz rózgi, by symbolicznie smagnąć potwora pożerającego kolejne dziedziny życia publicznego metodą uchwalania po nocach złych ustaw. Pretekstem wniosku stało się pochopne powołanie oraz odwołanie już po dwóch miesiącach inspektora Zbigniewa Maja na/ze stanowisko/-ka komendanta głównego policji. Notabene za kadrową wpadkę bezpośrednio odpowiedzialny jest akurat nie minister Mariusz Błaszczak, lecz jego pierwszy zastępca Jarosław Zieliński. Politycy zrobili doskonałemu inspektorowi dochodzeniowemu krzywdę sztucznym awansem na stanowisko, które go przerosło. Potem wymusili na zagubionym komendancie zorganizowanie ośmieszającej instytucję policji konferencji prasowej, której celem było propagandowe przykrycie nowelizacji ustawy o podsłuchowych uprawnieniach służb.

Przypadek inspektora, którego następstwem jest wniosek wobec ministra, powoduje postawienie naturalnego pytania. Ciekawe, jak szybko władcy kraju zaczną kadrowy ruch w spółkach skarbu państwa. Nie, tu nie ma żadnej pomyłki — chodzi mi o usuwanie ze stanowisk już tych prezesów, którzy od początku kadencji zostali obsadzeni na stanowiskach w ramach tzw. dobrej zmiany, po wyrzuceniu menedżerów nominowanych przez PO i PSL. Stałym zjawiskiem przy obsadzaniu kadr w państwowej części polskiej gospodarki jest przecież tzw. zaufanie, czyli po prostu personalne związki nominatów z decydentami politycznymi. Jak uczy historia — owo zaufanie to wartość bardzo ulotna.

Tzw. dobra zmiana dotarła nawet do zarządów stadnin koni arabskich w Janowie Podlaskim i Michałowie.

Obie znajdują się na liście spółek hodowlanych o szczególnym znaczeniu dla gospodarki. Nowi władcy kraju stracili jednak wobec koniarzy zaufanie. Agencja Nieruchomości Rolnych, będąca wykonawcą woli ministra rolnictwa i rozwoju wsi Krzysztofa Jurgiela, zarzuciła zarządom stadnin brak ochrony narodowych interesów, m.in. w obszarze gospodarowania zarodkami. Nowi szefowie nie mają o hodowli koni pojęcia, lecz nasilniejszą legitymację — polityczne zaufanie. Ale jak wiadomo — łaska pańska na pstrym koniu jeździ. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski