Rozstrzygająca będzie frekwencja

Brexit – cała Unia wstrzymuje oddech.

Brexit Fot. Fotolia

Po miesiącach kampanii równie merytorycznej co populistycznej w czwartek 23 czerwca, czyli w dniu tygodnia tradycyjnym dla brytyjskich głosowań, uprawnieni wyborcy odpowiadają w godzinach 7–22 czasu Greenwich (8–23 czasu warszawskiego) na pytanie „Czy Wielka Brytania powinna pozostać członkiem Unii Europejskiej, czy opuścić Unię Europejską?”. Zostało ono sformułowane maksymalnie obiektywnie. W skutecznie oprotestowanej przez zwolenników brexitu wersji pierwotnej pytanie brzmiało „Czy Wielka Brytania powinna pozostać członkiem Unii Europejskiej”, z wariantami „tak” i „nie”. Uznano jednak, że taka konstrukcja naprowadza na odpowiedź pozytywną.

Nie tylko wystraszona eurokracja z brukselskiego ronda Schumana, lecz cała UE wstrzymuje oddech.

Naturalne jest pytanie, po co tak naprawdę premier David Cameron przeforsował referendum. Rzeczywistą przyczyną jest walka o władzę i przyszłość Partii Konserwatywnej. Rozkład głosów w kolejnych brytyjskich wyborach potwierdza skręt części tradycyjnego elektoratu torysów w kierunku Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Dość niespodziewany — nawet dla niego samego — sukces Davida Camerona w wyborach do Izby Gmin w 2015 r. wynikał wyłącznie z tradycyjnej ordynacji wyborczej, większościowej w okręgach jednomandatowych. Nakazana przez Parlament Europejski ordynacja proporcjonalna przyniosła wcześniej, w eurowyborach 2014, wielki sukces UKIP. Poprzez referendum premier odkorkował zatem wentyl bezpieczeństwa, ale z nadzieją utrzymania unijnego status quo.

Brytyjczycy cztery dekady temu już rozstrzygali o wyjściu ze struktur europejskich / pozostaniu w nich.

Referendum odbyło się 5 czerwca 1975 r., przy czym sytuacja była wtedy politycznie odwrotna. Wielką Brytanię do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG) wprowadzili od 1 stycznia 1973 r. konserwatyści, a konkretnie premier Edward Heath. Rok później władzę przejęła Partia Pracy, która postanowiła renegocjować warunki członkostwa. Frekwencja w referendum przekroczyła 65 proc., a 67 proc. głosujących poparło dalsze członkostwo. Różnica merytoryczna była jednak ogromna — chodziło tylko o wspólny rynek. W sprawie przekształcenia w 1992 r. EWG w UE nikt społeczeństwa brytyjskiego nie pytał. A zatem dzisiejsze głosowanie można uznać za… nadrobienie zaległości.

Liczbę uprawnionych dzisiaj szacuje się na 46 mln, ale nikt nie ma pojęcia, ilu z nich zagłosuje. W ostatnich wyborach parlamentarnych frekwencja wyniosła 66 proc., we wcześniejszym referendum nt. systemu wyborczego tylko 42 proc., ale w emocjonalnym referendum dotyczącym niepodległości Szkocji aż 82 proc. Jeśli powtórzy się przynajmniej aktywność wyborcza — można obstawiać sukces zwolenników pozostania w UE. Jeśli jednak w lokalach będzie hulał wiatr — górę wezmą zwolennicy brexitu. Najciekawsze, że w nieposiadającej przepisów konstytucyjnych Wielkiej Brytanii referendum nie ma mocy stanowiącej, o wszystkim i tak rozstrzyga parlament. Trudno jednak wyobrazić sobie, by Izba Gmin zlekceważyła wolę większości obywateli. Chociaż z drugiej strony — decydujące znaczenie będzie miało, przy jakim zainteresowaniu społecznym któryś z wariantów uzyska w urnach arytmetyczną przewagę. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski