Rynku pracownika w Polsce nie ma i nie będzie

Od pewnego czasu możemy obserwować w naszym kraju dyskusję na temat rynku pracownika. Jedni przekonują, że w Polsce już go mamy, inni że jeszcze nie. Kto ma rację? Nikt, bo nikt racji mieć nie może.

Aby móc mówić o rosnącej roli pracowników na polskim rynku pracy, ów rynek musiałby najpierw istnieć. Ciężko jednak do jednego worka wrzucać np. pracę polegającą na roznoszeniu ulotek, pracę polegającą na montowaniu  podzespołów i pracę polegającą na projektowaniu domów. Niby wszystko to praca, jednak owe prace różnią się na tyle, że kwestii popytu i podaży nie ma sensu rozpatrywać dla nich wspólnie. To tak jakby uznać, że koszulki, jabłka i odkurzacze to wspólny rynek, bo wszystko przecież dostanie się w Tesco. Oczywiście ludzie mogą się łatwo przekwalifikowywać, jednak by zostać dobrym mechanikiem samochodowym, lekarzem, czy programistą nie wystarczy dwutygodniowy kurs.

To samo tyczy się zresztą „ogólnopolskości”. Inaczej sytuacja wygląda na wsiach, inaczej w miastach, a inaczej w dużych ośrodkach akademickich. We Wrocławiu znalezienie jakiejkolwiek pracy nie jest problemem, w podwieluńskiej Konopnicy może być to nieco cięższe. Geograficzne różnice dostrzegalne są także w pensjach za wykonanie dokładnie takiej samej pracy. „Rynek” pracy wypadałoby więc podzielić nie tylko ze względu na zawody, ale także i miejsce. Z rynkiem pracy w Polsce jest więc trochę tak jak z darmową służbą zdrowia – ani ona darmowa, ani to służba, a i ze zdrowiem niewiele ma wspólnego.

Powstaje tym samym zasadnicze pytanie: jak możemy rozmawiać o rynku pracownika w Polsce, skoro nie istnieje coś takiego jak rynek pracy w Polsce? Jeżeli już naprawdę chcemy się zastanawiać nad tym zagadnieniem, to można to robić, ale oddzielnie dla poszczególnych rynków. Wtedy być może cała dyskusja w końcu nabierze jakiegokolwiek sensu.

Czytaj też: Na kogo zapolują łowcy głów >>

Adam Torchała
Adam Torchała