Szok, horror! Rating nam ucięli!

Rating to jest pożyteczna instytucja. Pamiętam jak w zeszłym roku szukałem informacji, danych i prognoz na temat różnych egzotycznych krajów takich jak Mongolia, Ghana czy inna Armenia i w zasadzie nie bardzo wiedziałem gdzie zacząć. Danych albo nie ma, albo są ukryte gdzieś w kazamatach stron internetowych, które często nie mają nawet angielskiej wersji językowej.

W takich sytuacjach z pomocą przychodzą zwykle dwa źródła – Międzynarodowy Fundusz Walutowy i jego raporty tzw. Artykułu IV albo właśnie agencje ratingowe, które samozwańczo oceniają wiarygodność wszystkich w zasadzie gospodarek. Po co to robią? Ano po to, żeby potem móc sprzedawać swoje usługi wszelakim przedsiębiorstwom (i bankom), które chcą emitować obligacje lub uzyskać zagraniczne kredyty.

Z zasady, ratingi zwykle interesują inwestorów na rynku euroobligacji. Z definicji bowiem rating to prawdopodobieństwo bankructwa danego podmiotu, a – nie licząc bardzo pojedynczych przypadków – kraje nie bankrutują na długu w walucie krajowej. W tym sensie rating to niejako relikt poprzedniego stulecia, kiedy większość krajów rozwijających nie miało własnego rynku kapitałowego i finansowało się zagranicą.

Po kryzysie 2008 roku, zdecydowana większość krajów rozwijających się zdecydowała, że jednak bezpieczniej jest emitować we własnej walucie, bo zawsze na przykład można skłonić bank centralny do interwencji, zamiast musieć kierować się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego po pomoc. Kraje Europy Środkowej były w forpoczcie tego trendu sparzywszy się na pożyczkach w EUR i CHF. A prym wśród nich wiodły Węgry. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że kraje regionu będą stronić od emitowania obligacji w walutach obcych. Owszem, od czasu do czasu jakaś emisja się trafi, ale będzie to bardzo oportunistyczne i głównie w celu refinansowania istniejącego długu. Ot, tak jak zrobiło to Ministerstwo Finansów w tym miesiącu. I słusznie.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której malejący rynek euroobligacji kraju, o którym inwestorzy zagraniczni i tak niemal wszystko wiedzą został oceniony nieco gorzej przez jedną z agencji ratingowych. Co ciekawe, polskie euroobligacje i tak handlowały się na poziomach spójnych z o wiele wyższym ratingiem niż A- ponieważ w Unii Europejskiej de facto zabronione jest kupowanie kontraktów CDS. Po decyzji rynek się oczywiście wyprzedał, ale i tak są to historycznie niskie koszty zaciągania pożyczek (a co więcej, Ministerstwo Finansów wyemitowało kilka miliardów parę dni przed decyzją, prawdopodobnie się jej spodziewając).

A rynek krajowy? Obligacje się nieco osłabiły, złoty zresztą też, ale według mnie nie ma to najmniejszego znaczenia. Owszem, Polska jeszcze nigdy nie doświadczyła obniżki ratingu, ale myślę, że inwestorzy już odzwyczaili się od kierowania się agencjami, zwłaszcza w kwestii krajów, które dość dobrze znają. Agencje ratingowe mają bowiem w swojej historii mega wpadki, takie jak podwyżka oceny Brazylii czy Turcji w momencie gdy akurat rynek zaczął (słusznie) obawiać się o przyszłość tych gospodarek.

Ja, broń Boże, nie twierdzę, że decyzja S&P jest dobra dla Polski, ale jeśli ktoś w jej uzasadnieniu znalazł cokolwiek zaskakującego, to znaczy, że przez ostatnie miesiące kompletnie nie zwracał uwagi na to, co się dzieje w gospodarce i polityce. Owszem, obniżka jest nieco bardziej agresywna od tego, czego większość obserwatorów się spodziewała, ale ci, którzy w decyzjach inwestycyjnych kierują się ratingami zachowują się podobnie do „inwestorów”, którzy wyprzedają akcje, gdy wieści o spadkach wędrują na pierwsze strony „Poradnika Domowego” tudzież „Przeglądu Sportowego”.

Myszon Niemożliwy
Myszon Niemożliwy