Zaproszenie do debaty

Po obniżeniu ratingu przez S&P mamy jako kraj dwa możliwe scenariusze – możemy uznać, że poszliśmy za daleko. Przestać gadać głupoty, potwierdzić niezależność strategicznych instytucji Państwa, starać się odbudować zaufanie. Można się też obrazić na świat, że taki niesprawiedliwy – i nie odchodząc od naszego szaleństwa nawet o krok, powoli odpływać od brzegu do którego 26 lat temu cudem dotarliśmy. Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? Ja nie mam wątpliwości, że ten drugi. Że zachowamy się jak muzułmańscy uchodźcy, którzy uciekając do lepszego świata chcą już na miejscu, w Europie, odbudować to wszystko, przed czym uciekali.

Fot. Grazyna Myslinska / FORUM

Fot. Grazyna Myslinska / FORUM

Henry Ford twierdził, że nie można zbudować reputacji na samych zapowiedziach swoich działań. Jednak naszym władzom to się udało, zbudowali na zapowiedzi zmian międzynarodową reputację. Wzbudzili entuzjazm części wyborców i zniesmaczenie praktycznie wszystkich pozostałych. Po okresie komunikowania się tylko z entuzjastami, życie wymusiło zaproszenie do debaty z pozostałymi – w tym z parlamentarnymi mienszewikami, biurokratami z Unii oraz solidarnie i od zawsze wrogimi Polsce zachodnimi mediami. Pohukiwania przed taką debatą nie wzbudzają optymizmu. Przypomina mi to stary szmonces o rosyjskim Żydzie który chwalił się w towarzystwie swoją rozmową z carem. „Ty rozmawiałeś z najjaśniejszym panem?” dziwią się sąsiedzi. „A jakże” pada dumna odpowiedź. „Kiedy, jak?”. „Szedłem sobie wczoraj ulicą, podnoszę wzrok – a tu odzywa się do mnie sam najjaśniejszy pan we własnej osobie!” „I co ci powiedział?”- dopytują się podekscytowani. „A co miał powiedzieć? Paszoł won parszywy Żydzie”.

W takiej debacie mniej wyrobieni rozmówcy władzy mogą mieć problemy z utrzymaniem równowagi. Polska, którą trzeba było podnieść z ruin – okazuje się mieć świetną gospodarkę. Prawicowość polskich władz (w odróżnieniu od lewackiej Europy) zakłada zwiększenie roli państwa w gospodarce kosztem przedsiębiorczości prywatnej, ograniczenie wolności obywatelskich i elastyczne podejście do prawa. Prowincjonalizm oparty na kompleksach wobec wielkiego świata to przywiązanie do wartości konserwatywnych. Podstawowe zagrożenia dla suwerenności kraju płyną ze strony Unii Europejskiej, w czym solidarnie zgadzamy się z Rosją. Krytyka ze strony idealizowanej Ameryki jest przejawem banksterskiej zemsty.

Za mojej młodości uważało się, że jeśli na imprezie w akademiku kilka osób pod rząd mówi ci, że jesteś pijany – to kładź się do łóżka, a nie udowadniaj swojej trzeźwości na parapecie dziesiątego piętra. A tak chyba trzeba odebrać deklarację, żeby nikt nie miał wątpliwości – Polska nie zmieni swojego kursu i nie ustąpi na krok przed krytyką. W takim razie po co to zaproszenie do rozmowy?

Ponieważ nikogo to nie interesuje – to nie wypowiem się na temat:

  1. programu 500+ ( jestem jak najbardziej za, bo lepiej inwestować w rodziny niż w ratowanie nierentownego górnictwa i utrzymywanie patologii w systemie emerytalnym. Ponieważ budżet nam się nie bilansuje, trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Program 500+ będzie świetnym pretekstem do uporządkowania patologii gospodarczych, także do wycofania się ze skrócenia wieku emerytalnego. I w sumie wyjdzie nam to wszystkim na zdrowie);
  2. podatku dla sieci handlowych (jak będzie powszechny, to niewiele zmieni. Oczywiście poza podniesieniem cen, na co wszyscy się ewidentnie zgadzają);
  3. podatku bankowego (jestem wrogiem tego rozwiązania. Uważam, że lepiej byłoby przypilnować lichwy, pozbawić skutecznie nadmiernych przywilejów których symbolem były tytuły egzekucyjne i rozliczać z naruszania prawa. No, chyba że nie potrzebujemy kapitału – ale chociaż pan wicepremier Morawiecki i minister Szałamacha jeszcze tego nie wiedzą, to prędko się przekonają że jednak potrzebujemy).

Powiem natomiast kilka słów na temat ratingu S&P. Nie będzie to ocena merytoryczna, bo przecież na potrzeby naszej narodowej debaty przyjęliśmy już że nie istnieje coś takiego jak obiektywna prawda ekonomiczna. Jako dumni absolwenci kursów ekonomii politycznej socjalizmu (ja w 1978 roku) i równie dumni przeciwnicy wejścia Polski do strefy euro (niestety, nie załapałem się do tego zacnego grona) – wiemy, że po to mamy suwerenny kraj abyśmy w interesie społecznym mogli politycznie dekretować makro-wskaźniki. Więc jeśli minister finansów mówi, że w perspektywie 2-3 lat będziemy rozwijać się w tempie ponad 5%, że nie przekroczymy progów deficytu, że nie zmienimy na gorsze warunków obsługi zadłużenia – bo tak było za poprzednich rządów tej partii! – to po prostu tak będzie. Partia nie ma jeszcze, ale za chwilę będzie miała w swoich rękach wszystkie narzędzia do budowania powszechnej szczęśliwości – i Radę Polityki Pieniężnej, i Narodowy Bank Polski, i Główny Urząd Statystyczny, i Mennicę Państwową. Mój ojciec, przedwojenny ułan, miał wbijane do głowy, że szabla która ujrzy słońce – musi zobaczyć krew. Nie można mieć w ręku takich narzędzi i nie zrobić z nich użytku.

Opinię agencji ratingowej uznać więc należy nie jako zniewagę dla naszego dumnego narodu. Jest to wyraz uznania i wiary, że rządzący biało-czerwony obóz wypełni do końca swoje wyborcze obietnice. Że nikt i nic nie skłoni go do zejścia z obranej drogi. Chwała za to. Tyle tylko, że dysponujący kapitałem inwestorzy nie muszą podzielać naszego patriotycznego uniesienia i powinni być uprzedzeni, że Polska jest zdeterminowana do wykorzystania będących w jej rękach instrumentów fiskalnych. A że to prowadzi to do osłabienia waluty i zubożenia uczestników rynku – jakkolwiek egoistycznie to brzmi, trzeba uciekać i zostawić do ograbienia tych, którzy uciec nie mogą.

Agencja Standard & Poor nie jest doskonała. Można cytować błędy, jakie popełniała w przeszłości. No i co z tego? Taka, jaka jest cieszy się zaufaniem rynków finansowych. Dlatego jej przewidywania mają taką siłę rażenia. Na dodatek spełniają rolę samo-sprawdzającej się prognozy: spowodują exodus i osłabienie wskaźników, co paradoksalnie potwierdzi ich trafność.

Mamy teraz jako kraj dwa możliwe scenariusze – możemy uznać, że poszliśmy za daleko. Przestać gadać głupoty, potwierdzić niezależność strategicznych instytucji Państwa, starać się odbudować zaufanie. Można się też obrazić na świat, że taki niesprawiedliwy – i nie odchodząc od naszego szaleństwa nawet o krok, powoli odpływać od brzegu do którego 26 lat temu cudem dotarliśmy.

Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny?

Ja nie mam wątpliwości, że ten drugi. Że zachowamy się jak muzułmańscy uchodźcy, którzy uciekając do lepszego świata chcą już na miejscu, w Europie, odbudować to wszystko, przed czym uciekali. W imię poszanowania religii, tradycji, wartości. My też uciekliśmy z demokracji ludowej, gdzie sączono nam nieufność do Europy, Niemców, tolerancji światopoglądowej, prywaciarzy i wolnego rynku. I teraz chcielibyśmy zbudować na tej nieufności i odrzuceniu nasze miejsce w Europie. Na peryferiach, obok albo i wbrew Unii.

 

Ryszard Wojtkowski
Ryszard Wojtkowski