Czy czeka nas kolejna fala wzrostowa?

Ostatnimi czasy ilość kasandrycznych wizji stanu gospodarki w wymiarze globalnym każe zastanowić się nad możliwym do realizacji scenariuszem euforycznego zrywu cen ryzykownych aktywów. Surowce, akcje, ryzyko kredytowe – te wszystkie instrumenty pierwsze oznaki rynkowego orzeźwienia mają za sobą, a prawdziwe oczyszczenie z pozycji krótkich doprowadzi do wybicia ponad poziomy, które wydawać by się mogły nie do pokonania. Demotywatorzy rynkowi (czytaj pesymiści), widząc ropę naftową w cenie 45usd za baryłkę robią się nerwowi, ale jeszcze łapią oddech, myśląc, że tutaj musi przyjść koniec, ponieważ fundamentalnie nie ma to pokrycia w rzeczywistości. SP500 zbliżające się do 2100 punktów versus złowieszcze wizje załamania wzrostu PKB w USA jawi się, jako abberacja rynkowa, przed którą ratunek może przynieść tylko FED, a zacieśniające się ryzyko kredytowe wyrzuca z rynków grających „against the risk”. Można do tego dodawać pochodne w postaci mocniejszego rubla – wszak Putin na krawędzi przetrwania, lepiej postrzeganej tureckiej liry – wszak Turcja jest w stanie permanentnej wojny z szeroko rozumianym (ISIS) i tylko sobie właściwie zdefiniowanym(PKK) terroryzmem, czy niechcącym się osłabić Juanem – wszak Chiny to zestaw problemów złożony ponoć z długu i mocnej waluty. A jednak jakbyśmy nie zaklinali rzeczywistości wydaje się, że krótkie pozycje zostaną wyczyszczone dokumentnie, USD wydane na przecenione aktywa, pewnie głównie w sektorze surowcowym, a tło polityczne w tym przypadku służyć będzie tylko na podsycanie atmosfery niedowierzania, iż to w ogóle możliwe. Czas na analizy post factum nadejdzie. Będzie o quasi okresie permanentnego przygotowania do wojny, który nakręca koniunkturę, chińskim bastionie gospodarczym, który kapitałowi zachodniemu się nie kłania, prostym zasadom, iż gdy jest tanio to wyprzedane aktywa zazwyczaj się nabywa, a nie wspomaga chór cierpiący na niedostatek kapitału i uzasadniający jego brak na wszelakie sposoby.

FOT. iStock

W świecie gdzie banki centralne zastanawiają się nad zmianę celu działania z inflacyjnego na nominalne PKB (spadki NPKB będą skutkować interwencją polityki monetarnej w tym QE), a ECB doszedł do wniosku, iż:  “Central banks are protected from insolvency due to their ability to create money and can therefore operate with negative equity”, inflacja cen aktywów wydaje się nieunikniona. Za Foreign Affairs: „The real cause of the Great Recession (in US)lay not in the housing market but in the misguided monetary policy…” (o polityce monetarnej w USA – generalnie za późno, za mało agresywnie). I jeszcze: “Asset prices should in fact be higher when interest rates are low” – jako uspokojenie utyskiwań na możliwość powstania następnych spekulacyjnych baniek na skutek tzw.: druku pieniądza poprzez QE. Pełne rozgrzeszenie!

Niestety Polska wybija się na tym tle negatywnie. Ostatni zryw walut wzmacniających się wobec złotego jest, co prawda pokłosiem rekomendacji zagranicznych domów inwestycyjnych, ale problem jest generalnie poważniejszy. Na naszym rynku nie bardzo jest komu bronić zajętych pozycji bo… ich nie ma. Pies z kulawą nogą się nie upomni o złotówkę, bo zaangażowanie na naszym rynku jest poślednie. Pomijam udział w rynku papierów dłużnych, gdzie dzięki pochodnym ryzyko walutowe i stopy procentowej można w miarę łatwo zmitygować i pewnie dawno to zostało zrobione. Jednak nie umniejsza to nadal ryzyka wyjścia całkowitego przy braku zaangażowania chociażby średnioterminowego. Nie mamy dobrej prasy, postrzegani jesteśmy od pewnego czasu z dodatkową porcją ryzyka i przy dzisiejszym poziomie stóp procentowych i złotym są regiony gdzie risk/reward ratio jest lepsze. Widać to zresztą najlepiej po notowaniach indeksów z GPW w Warszawie. I… jest to ciekawe zjawisko, biorąc pod uwagę, że dane makroekonomiczne układają się budująco. 3,6% PKB, 10% bezrobocia, deflacja na poziomie 0,9%, przy sektorze deweloperskim wprost kwitnącym i nowym otwarciu dotacji unijnych. A jednak zielona wyspa nie chce przyciągnąć poważniejszego kapitału.

Koszt programu 500+ liczony na kilkanaście do 20 mld zł rocznie stanowi bezpośredni zastrzyk popytowy dla gospodarki. Daliśmy rybę gotową na talerzu. Co prawda liberalna przypowieść o wędce przyprawia o ruch wymiotny, ale coś w tym jest. Jeżeli spojrzy się na roczne przychody z tytułu CIT do budżetu państwa na poziomi 30 mld zł, gdzie stawka wynosi 19%, to ile dobrego można by poczynić ścinając ją do 15%, kosztem relatywnie niewielkiego uszczerbku, i to prawdopodobnie tylko w pierwszym roku-dwóch, dla dochodów państwa. I tak czeka nas (oby) reforma całego systemu podatkowego, w tym emerytalnego. Ale w oczekiwaniu na Godota może by tak po millerowsku dać szansę przedsiębiorczym. I nieco poczekać z następnymi obietnicami danymi suwerenowi. 500+ można niejako potraktować, jako celowe QE for the people, ale z cofnięciem progu wieku emerytalnego czy mieszkaniami po 3000zł może jednak byśmy poczekali, aż coś zaczniemy zarabiać albo przynajmniej urealnimy zakładane oszczędności.

 

Wojciech Łaciak
Wojciech Łaciak