Brexit po wyborach: na twardo czy na miękko?

Pyrrusowe zwycięstwo Partii Konserwatywnej poprawiło inwestorom humory. Uznali, że szanse na Brexit w wersji „hard” spadły. Brytyjskie wybory były jednym z kilku politycznych wydarzeń, które przyczyniły się do wzrostów na europejskich rynkach obligacji. Swoje dołożyli też Francuzi i Włosi. I o ile decyzje wyborców w tych dwóch krajach należy przyjąć pozytywne, to z punktu widzenia rynków porażka Torysów wcale nie musi być powodem do optymizmu.

W Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna jednocześnie wygrała i przegrała wybory do niższej izby brytyjskiego Parlamentu. Wygrała, bo zdobyła najwięcej, prawdopodobnie 319 w liczącej 650 miejsc Izbie Gmin. Jest to pewien sukces, jednak porażka była znacznie bardziej dotkliwa. Na tyle, że nikt wśród Torysów o wyniku wyborów nie myśli w kategorii zwycięstwa. Stracili on 11 miejsc w stosunku do stanu przez wyborami i nie uzyskali absolutnej większości. Nie tak miało to wyglądać. Gdy Theresa May ogłaszała wcześniejsze wybory, jej partia dysponowała w sondażach bezpieczną 20 punktową przewaga. W jakiś sposób Partii Konserwatywnej udało się roztrwonić ten kapitał i o to w przeddzień rozpoczęcia negocjacji z Unią Europejską, w brytyjskim parlamencie zapanowała patowa sytuacja. Zbyt daleko posunięte byłoby jednak wiązanie twardej postawy Torysów w sprawie Brexitu z wyborczą porażką. Zadecydowały raczej zbytnia pewność siebie i długie pasmo kampanijnych potknięć. Teraz możliwe są trzy scenariusze: koalicja, rząd mniejszościowy zawierający doraźne sojusze dla poszczególnych ustaw lub kolejne wybory. Na razie premier May zapewniła tylko, że nie zamierza złożyć rezygnacji i będzie tworzyła koalicję z północnoirlandzką Partią Demokratycznych Unionistów.  Konsekwencje wyniku brytyjskich wyborów trudno na razie ocenić, z całą pewnością jednak niepewność wzrosła. Funt stracił prawie 2%, kosmetycznie osłabły brytyjskie papiery skarbowe. Rynek nie lubi zaskoczeń. Kolejne wybory, trzecie w ciągu trzech lat, stały się całkiem prawdopodobne.

Do tej pory taka dynamika była typowa dla Włoch, z których w tym tygodniu napłynęły z kolei dobrze przyjęte przez rynki wieści. Pomysł wcześniejszych wyborów został, jak się zdaje, pogrzebany na dobre, w związku z czym kulminacja ryzyka politycznego odsunęła się w czasie, zapewne do wiosny przyszłego roku. Na razie sondaże wskazują na równe szanse populistycznego Ruchu 5 gwiazd i Partii Demokratycznej z 27-29% poparciem, z Forza Italia Berlusconiego (tak, to ten od „bunga bunga”) i Ligą Północną na dalszych miejscach. Do marca przyszłego roku zostało jednak jeszcze sporo czasu. Rynek włoskich obligacji jest więc bardziej wrażliwy na informacje z innych krajów, choć akurat upadek pomysłu wcześniejszych wyborów przysłużył się im i spread do Bundów spadł o 10 punktów bazowych. Wsparciem były także wyniki niedzielnych wyborów lokalnych. Partia Beppe Grillo straciła szanse na objęcie stanowisk burmistrzów w większości dużych miast. To istotna zmiana w stosunku na maja ubiegłego roku, kiedy to bez problemu zwyciężyła ona w Rzymie i Turynie.

W Francji pierwsza tura wyborów parlamentarnych należała do La République En Marche ! Emmanuela Macrona. Ma ona realną szansę zdobyć ponad 70% miejsc w Parlamencie. W ciągu 14 miesięcy od powstania, ruch Macrona zepchnął do całkowitej defensywy dwie dotąd dominujące partie: Republikańską i Socjalistyczną. Front Narodowy Marine Le Pen może liczyć na góra 10 w liczącym 577 miejsc ciele ustawodawczym. Spread francuskich obligacji do Bundów spadł jeszcze bardziej i w poniedziałek na otwarciu wynosił 28 punktów bazowych. Przed pierwszą turą wyborów prezydenckich sięgał ponad 70 punktów. Oznacza to, że obecnie powrócił do poziomu z końca 2015 roku.

Pewne źródło niepokoju dla rynków może się natomiast pojawić po drugiej stronie Pirenejów. Władze Katalonii zapowiedziały na dziś ogłoszenie terminu referendum w sprawie secesji tego regionu z Hiszpanii. Rząd w Madrycie uważa pomysł za niekonstytucyjny. Na razie jednak rynki nie widzą zagrożenia z tej strony i po przejściowym wzroście spreadu do bundów w związku z pogłoską o wcześniejszych wyborach we Włoszech, hiszpańskie papiery znowu się umocniły, a spread ten spadł poniżej 120 punktów bazowych.

Na chwilę obecną poziom ryzyka politycznego w Europie obniżył się. Spadek spreadów obligacji krajów europejskich, także tych nie należących do Strefy Euro nie jest więc niczym dziwnym. Można i należy się natomiast zastanawiać, na ile porażka brytyjskich Konserwatystów rzeczywiście zmiękczy Brexit. Jeżeli w Wielkiej Brytanii powstanie w miarę stabilny rząd, będzie on zapewne zmuszony do osłabienia radykalnego stanowiska w takich kwestiach jak dostęp do rynku pracy. Jeżeli jednak polityka wewnętrzna w tym kraju pójdzie w rozsypkę i konieczne będą kolejne przedterminowe wybory, raczej nie ułatwi to negocjacji z Unią Europejską. Zwłaszcza, że po drugiej stronie są bardzo duże szanse na silnie proeuropejską koalicję Francji i Niemiec. Swojego czasu mówiło się Merkozym, mówiących jednym głosem Merkel i Sarkozym. W niedalekiej przyszłości ma szansę powstać podobny, może nawet bardziej zgodny, duet. To mało prawdopodobne, aby w Niemczech Merkel na stanowisku kanclerza zastąpił Schulz, ale jeśli tak się stanie, niewiele to zmieni. Sytuacja Unii jest zaś zupełnie inna niż w 2012 roku i inne stoją przed nią wyzwania. W brexitowych negocjacjach Wielka Brytania nie będzie mogła liczyć na taryfę ulgową. Dla centrum Unii, opartego na Strefie Euro, konsolidacja jest bardzo ważna. Od dawna było jasne, że bez wspólnej polityki fiskalnej, jednolita waluta może przysporzyć wielu problemów. Grecy dobrze wiedzą o jakich problemach mowa. Jednak dopiero teraz Unia zaczyna być gotowa na dalej idącą unifikację. Już teraz mówi się o „Unii dwóch prędkości”, co kilka lat temu było nie do pomyślenia. W takim klimacie nie będzie też miejsca na ulgowe traktowanie kraju wychodzącego z Unii. Przyznam, że rok temu, bo referendum w sprawie Brexitu odbyło się już prawie rok temu, skłaniałem się ku poglądowi, że pragmatyzm ekonomiczny wynikający m.in. ze skali nadwyżki handlowej wobec Wielkiej Brytanii, złagodzi negocjacje i pozwoli wypracować układ niewiele odbiegający do obecnego. Teraz jednak prawie pewne jest, że rozwód będzie miał charakter całkowicie polityczny i kwestie gospodarcze zejdą na drugi plan. Kiedy zaś polityka dochodzi do głosu, ktoś musi za to zapłacić. Niestety, część kosztów twardych negocjacji poniosą rynki finansowe. Do traktatowego terminu zakończenia rozmów zostało mniej niż dwa lata i im czasu będzie mniej a punktów spornych więcej, nerwowość rynków będzie rosła.

 

Grzegorz Zatryb
Grzegorz Zatryb