Czy czeka nas powtórka kryzysu z 2008?

Paniczna wyprzedaż akcji banków sprawiła, że styczeń i luty A.D. 2016 przywołały wspomnienia sprzed ośmiu lat. Ekonomiści i decydenci zapewniają, że wszelkie podobieństwa są czysto przypadkowe. I mają rację. Bo tym razem będzie jeszcze gorzej.

keep-calm-and-buy-stocks

Od początku roku akcje europejskich banków potaniały o 22% i to już z uwzględnieniem piątkowo-poniedziałkowego odreagowania (w czwartek strata indeksu STOXX 600 Banks sięgała 28% YTD). Akcje Deutsche Banku od początku roku straciły 40% i w ubiegłym tygodniu były wyceniane najniżej od 15 lat. Kurs papierów UniCredit spadł o 45%, zbliżając się do dna z wiosny 2012 roku.

Inwestorze, nie panikuj!

Gdy tylko pierwsza fala bankowego tsunami przetoczyła się przez giełdy, obawy inwestorów przelały się na pierwsze strony gazet i serwisów informacyjnych. Ekonomiści i analitycy wypowiadający się w tzw. mediach głównego ścieku (ang. mainstream) jak jeden mąż zapewniali, że wszystko jest ok., że nie ma się czego bać i że w żadnym, nawet najmniejszym wypadku nie jest to powtórka z roku 2008.

[Przypis dla laików, młodzieży i osób dotkniętych amnezją: w roku 2008 zbankrutowały wszystkie największe banki inwestycyjne z Wall Street, z czego dwa (Bear Stearns i Lehman Brothers) definitywnie wypadły z rynku, a pozostałe zostały wyratowane przez Hanka Paulsona na koszt amerykańskiego podatnika – patrz: program TARP.]

Kapitalną pracę wykonał Pater Tenebrarum publikujący na łamach witryny acting-man.com. Pan Tenebrarum zebrał nagłówki z kilku poczytnych serwisów informacyjnych, które zaskakująco zgodnie i bez cienia wątpliwości usiłowały zapewnić swoich czytelników, że „to nie jest rok 2008”.

tonie2008

Czy czują się Państwo uspokojeni? Czy panika minęła a z głowy uleciały głupie myśli o sprzedaży akcji? Jeśli tak, to dobrze. Bo przecież „tym razem będzie inaczej”. Bo globalne zadłużenie przekraczające 200 bilionów dolarów nie jest żadną „bańką”. Bo banki lewarujące własne kapitały 20-krotnie i więcej są bezpieczne i „twarde jak skała” (ang. rock solid). Bo przecież nic złego nie może się stać, albowiem nad wszystkim czuwają wszechwładne banki centralne i bezbłędni nadzorcy rynkowi.

Tym razem będzie inaczej. Będzie gorzej

Prawdą jest, że nie mamy roku 2008. Tylko 2016. Ale cała reszta bardzo przypomina okres pierwszej eskalacji kryzysu sprzed ośmiu lat. Jesienią 2008 roku współczesny ład monetarny stanął na skraju przepaści. I w nią runął. To był faktyczny koniec systemu finansowego zbudowanego w latach 70-tych i 80-tych XX wieku: bez udziału złota, z płynnymi kursami walutowymi i nieograniczoną władzą banków centralnych przyzwalających na kredytowe szaleństwo poprzednich 30 lat.

Różnica między dziś a rokiem 2008 jest zasadnicza. Osiem lat temu władze monetarne miały ogromne pole manewru i środki na podtrzymanie życia u umierającego pacjenta. Banki centralne mogły obniżyć stopy procentowe z poziomów 4-5% do zera lub nawet poniżej. Mogły skupować papiery wartościowe płacąc za nie bilionami wykreowanych z powietrza dolarów, euro, jenów czy franków.

Teraz władcy pieniądza pozostali bez antykryzysowej amunicji. Ujemne stopy procentowe nie dość, że nie zadziałały tak, jak zakładano, to jeszcze wpędziły w tarapaty sektor bakowy. Inflacja aktywów, na której przez ostatnie lata banki zarabiały krocie, doszła do ściany: absurdalnie wysokie ceny akcji, obligacji i nieruchomości przestały rosnąć. Wszystko zaczęło się sypać. I teraz banki centralne mogą się już tylko przyglądać sytuacji. Owszem, mogą wlać więcej pieniądza w niewydolny system, ale to nie sprawi, że znów zacznie on działać, jak należy.

Nie ma już kto uratować instytucji „za dużych, aby upaść” (ang. 2big2fail) bez ryzyka hiperinflacyjnej zapaści systemu finansowego. Alternatywą jest zapaść deflacyjna wywołana upadkiem dużego i umoczonego w jakieś toksycznych aktywach banku. Wiara w to, że w stercie 200 bilionów (200.000 miliardów) USD długów tylko kilka miliardów jest złej jakości, graniczy ze skrajną naiwnością.

Spiskowa teoria głosi, że jesienią 2008 roku światowy establishment nie był przygotowany na plajtę systemu. ZIRP, NIRP, QE i bailouty pozwoliły mu kupić kilka lat i przygotować się na nieuniknione. Aż nadszedł czas na kryzysowe przesilenie. Nie dam głowy, czy nastąpi ono w tym roku, czy w następnym, czy jeszcze później. Ale teraz nikt nie będzie „ratował” gospodarki i upadających gigantów bankowych. Będzie to kryzys zaplanowany, reżyserowany i którego wynikiem będzie jakaś forma umorzenia długów, skutkująca transferem bogactwa od mas pracująco-oszczędzających do wąskiej elity.

Aby zrealizować ten scenariusz, masy muszą zachować spokój aż do samego końca. Broń Boże nie panikować! Nie wypłacać pieniędzy z banków, nie sprzedawać akcji i obligacji skarbowych oraz pod żadnym pozorem nie kupować złota! Z panikowaniem jest jak z pojedynkiem rewolwerowców: zazwyczaj najlepiej panikuje ten, kto panikuje pierwszy.

Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany