Po co nam zarządy – mamy niebiosa

Eksperyment zakończony sukcesem! Dla Energii, którą przed miesiącem zawierzono Opatrzności Bożej, luty okazał się udany. Najwyższa pora by za przykładem energetycznego koncernu poszli inni emitenci z GPW.

opatrznosc

Na zamknięciu sesji 2 lutego 2017 roku – dzień zawierzenia – za akcje Energi płacono na GPW 10,12 zł. Ostatniego dnia lutego, czyli po blisko miesiącu od zawierzenia, warte były one 10,92 zł. To wzrost aż o 7,9%. Dla porównania WIG20 w tym samym czasie umocnił się o 5,4%. Energa, która przez ostatnie półtora roku, dla indeksu była głównie ciężarem, teraz stała się pozytywnie wyróżniającą się spółką. Wprawdzie odbijanie od dna trwa już od blisko czterech miesięcy, wydaje się jednak, że Opatrzność Boża nawet jeżeli nie pomogła w tym procesie, to przynajmniej nie zaszkodziła. A to już sukces. Tym bardziej, że spółkę w lutym omijał minister Tchórzewski, co drobni inwestorzy mogą uznać za największe błogosławieństwo.

Można więc uznać, że pilotaż na Enerdze spełnił pokładane w nim oczekiwania i należałoby rozszerzyć próbę o kolejnych emitentów.  Inwestorzy powinni naciskać na zarządy, by te oddawały spółki opatrzności. Przekonanie prezesów nie powinno być zresztą trudne, brak zawierzenia można bowiem podciągnąć pod działanie na szkodę spółki. Warto w całą akcję włączyć więc i KNF, który powinien bacznie „przyglądać się sprawie”.

Komisja oprócz kar mogłaby jednak również nagradzać spółki. W cenie mogłyby być np. własne inicjatywy. Tutaj prym póki co wiedzie Lotos, który jako pierwsza spółka prawa handlowego w kraju będzie miała oficjalnego duszpasterza. Warto zauważyć, że Lotos już teraz na giełdzie radzi sobie świetnie, jednak jak widać jej władze są ambitne i chcą by spółce wiodło się jeszcze lepiej. To godny pochwały przykład pokazujący, że  nie tylko trwoga powinna pchać spółki w objęcia Bożej Opatrzności.

Św. Krzysztof do PZU, św. Florian do Orlenu

Samą ideę należy oczywiście również rozwijać. Wypadałoby się zastanowić np. nad sensownością istnienia niektórych organów. Skoro bowiem wystarczy Opatrzność, to po co spółkom zarządy? Gdyby do obowiązków Rady Nadzorczej dopisano zawierzanie spółek, wówczas można byłoby pozbyć się tego, wówczas już niepotrzebnego organu, jakim byłby zarząd. Oszczędności płynących z tego rozwiązania chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. Tym bardziej, że wszystko to szłoby w parze z giełdowym sukcesem spółek.

Rozwiązanie to jednak, patrząc z punktu widzenia dzisiejszych realiów, może się niektórym wydać krokiem zbyt daleko posuniętym. By przekonać twardogłowych, którzy powątpiewaliby w zasadność obranej drogi, terapię szokową, można byłoby zastąpić stopniowymi zmianami. Przykład płynie zresztą z samej góry. Skoro bowiem udało się przeforsować kandydaturę Jezusa  Chrystusa na króla Polski, to dlaczego nie można byłoby uzupełnić zarządów o wpływowe postaci ze stronnictwa królewskiego?

I tak np. świetnym kandydatem na członka zarządu PZU byłby św. Krzysztof, który pomógłby w zwiększaniu marży na OC. JSW z kolei do zarządu mogłaby powołać św. Barbarę, spółki energetyczne zaś sięgnęłyby pewnie po św. Maksymiliana Kolbego. Mocną kartę w każdej branży miałby z pewnością św. Florian, którego – patrząc na ostatnie wydarzenia (tu i tu) – w szczególności polecić należałoby Orlenowi. Przykłady można zresztą mnożyć. Panteon jest na tyle szeroki, że państwowe spółki z pewnością nie miałyby problemu ze znalezieniem odpowiednich kandydatów, którzy mogliby wzmocnić zarządy i zwiększyć bądź to efektywność, bądź to zyski. Do dzieła, czas na dobrą zmianę!

Adam Torchała
Adam Torchała