Efektywna Unia kluczowa dla Europy

Nadchodzące referendum w sprawie ewentualnego wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej może stać się kolejnym krokiem w kierunku osłabienia procesów integracyjnych w Europie, które od jakiegoś czasu ulegają stopniowej erozji. Choć formalnie nadal wszystko działa, to funkcjonujące na unijnym rynku firmy coraz bardziej odczuwają nasilający się protekcjonizm. Przyjmuje on różne formy, począwszy od stosowania wyszukanych barier pozataryfowych (np. specyficzne wymogi odnoszące się do znakowania, pakowania czy składu towarów), poprzez utrudnienia w zakładaniu firm i zatrudnianiu pracowników, a na akcjach typu „kupuj nasze” skończywszy. W kontekście tej postępującej dezintegracji Unii warto postawić pytanie dlaczego tak się dzieje i czy społeczeństwa poszczególnych krajów mogą – jak się to niektórym wydaje – na dezintegracji zyskać.

Narastająca w niektórych krajach niechęć do integracji ma swoje źródła w kilku czynnikach, ale kluczowe wydaje się to, że Unia przestała zapewniać powszechny wzrost dobrobytu oraz poczucie bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o pierwszy z tych czynników, to warto zauważyć, że po dekadach swego rodzaju „równania w górę” (konwergencji dochodów w kierunku najbogatszych krajów Unii) ostatnie lata przyniosły zachwianie wiary w to, że Unii w tym zakresie działa. Podstawą do tych wątpliwości jest chociażby to, co stało się z poziomem dochodów per capita. Dla przykładu o ile jeszcze w 2007 wskaźnik ten dla Grecji stanowił 80% niemieckiego, to w 2015 r. już jedynie 56%. Dla Portugalii odnotowano spadek z 67 do 59%, dla Włoch z 93 na 76%, dla Finlandii ze 102 na 88%.

Jeśli chodzi o kwestię bezpieczeństwa, to kluczowa w tym względzie okazała się presja migracyjna i nieudolność unijnych struktur by sobie z nią poradzić. Wątkiem bezpośrednio związanym z imigracją są także narastające obawy odnośnie terroryzmu.

Ta narastająca niechęć wobec Unii wydaje się abstrahować od tego jak zmienia się otoczenie globalne oraz od pozycji jaką dziś w świecie zajmuje Europa. W tym kontekście warto zauważyć, że dziś świat wokół Europy wygląda już zupełnie inaczej niż chociażby jeszcze 10 lat temu. Po pierwsze wyrosły (i wyrastają) nowe potęgi; Chiny, które jeszcze 10 lat temu miały PKB (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej) na poziomie zaledwie 45% unijnego dziś dysponują takim samym potencjałem gospodarczym jak UE. Za chwilę będziemy świadkami podobnego skoku także w przypadku Indii. Za potęgą gospodarczą idzie i szła będzie rosnąca siła militarna i polityczna.

Po drugie znacznie mniej korzystne jest dziś najbliższe otoczenie Unii. Rosja weszła na ścieżkę agresywnego militaryzmu. Z kolei wojna na Bliskim Wschodzie oraz powstanie tzw. państwa islamskiego rodzi napięcia w postaci imigracji i zagrożenia terrorystycznego. Po trzecie spada zainteresowanie USA (tradycyjnego sojusznika Europy Zachodniej) kontynentem europejskim – ciężar gospodarczy świata przenosi się w rejon Pacyfiku i to tam coraz bardziej skupia się uwaga Ameryki (po najbliższych wyborach prezydenckich proces ten może jeszcze nabrać gwałtownego przyspieszenia). Po czwarte rewolucja łupkowa doprowadziła do znacznych przetasowań na rynku surowców energetycznych – USA stały się pod tym względem niemalże samowystarczalne, w związku z tym ich zainteresowanie sytuacją u producentów ropy będzie maleć, podczas gdy Europa jest i pozostanie zależna od arabskiej i rosyjskiej ropy (i gazu). Po piąte wreszcie wolniejszy globalnie wzrost gospodarczy staje się pożywką do narastającego protekcjonizmu i coraz to bardziej agresywnych zachowań.

Te wszystkie globalne procesy prowadzą do diametralnej zmiany (na niekorzyść) sytuacji małych i średnich krajów. A to właśnie z takich krajów składa się Unia. W minionych dziesięcioleciach małe i średnie kraje mogły się czuć stosunkowo komfortowo. Korzystały na liberalizacji handlu i swobodnym przepływie technologii, a swego rodzaju globalne poczucie bezpieczeństwa pozwalało im oszczędzać na wydatkach na obronność. W nowych warunkach argumenty związane z wielkością (i stojącą za nią siłą) znów zyskują na znaczeniu, tym bardziej że instytucje międzynarodowe (typu ONZ, Bank Światowy itd.) pozostają słabe, zbyt słabe by efektywnie bronić interesów mniejszych.

Powie ktoś, że Europa to nie tylko małe i średnie kraje.  Że są przecież Niemcy, Francja czy chociażby Wlk. Brytania. Niby tak, warto jednak zauważyć, że z perspektywy globalnej nawet największe europejskie gospodarki w szybkim tempie relatywnie maleją i tracą na znaczeniu. Dla przykładu Niemcy (największa unijna gospodarka), które jeszcze 10 lat temu reprezentowały 4,2% globalnego PKB dziś odpowiadają już jedynie za 3,3%. O ile w 2005 r. PKB Niemiec stanowił 43% PKB Chin i 87% Indii, to dziś odpowiednio jedynie 20 i 48%. Chociażby ze względu na sytuację demograficzną tego trendu nie można odwrócić, tak więc z każdym kolejnym rokiem w zasadzie każdy europejski kraj staje się z globalnej perspektywy coraz to mniejszy i mniejszy.

Zbierając to wszystko w całość wydaje się, że największym błędem jaki w obecnym globalnym otoczeniu może popełnić Europa jest rezygnacja z regionalnej integracji. Tylko Unia Europejska jako całość może zachować znaczący globalny wpływ. Pomimo spadku w ostatnich latach udział UE jako całości w globalnym PKB wciąż stanowi aż 17%. UE jako całość jest równoważnym partnerem dla Chin (taki sam udział), czy USA (16% udział). Tylko z takim – dużym i silnym – partnerem będą w przyszłości liczyć się inni. W tym kontekście pytanie o to czy Unia Europejska jest potrzebna staje się pytaniem retorycznym. Jak najbardziej na miejscu jest natomiast inne pytanie, o to jaka Unia powinna być. W tym aspekcie wydaje się, że społeczeństwa Europy nie są gotowe na radykalny ruch w kierunku swego rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy. Potrzeba więc gruntownej reformy Unii w jej obecnych ramach. Ta reforma powinna koncentrować się na kilku elementach. Po pierwsze, potrzeba podjąć zdecydowane kroki w celu naprawy błędów z przeszłości. Takim błędem było powstanie strefy euro w takim a nie innym kształcie i w związku z tym strefa wymaga dziś  przemodelowania. Możliwe rozwiązania są dwa: albo ograniczenie obszaru strefy do krajów o podobnych strukturalnie gospodarkach albo stworzenie mechanizmów ściślejszej integracji fiskalnej. Po drugie istnieje potrzeba radykalnego wzmocnienia elementów integracji unijnej związanych z bezpieczeństwem. Przez wiele lat był to obszar silnie zaniedbywany, ale w nowej sytuacji powinno się to stać jednym z priorytetowych zagadnień. Po trzecie potrzeba zmian w modelu podejmowania unijnych decyzji, wzmocnienia wpływu obywateli na te decyzje oraz radykalnej reformy europejskiej biurokracji (której obecne funkcjonowanie trudno dziś określić innym mianem jak patologia). Po czwarte wreszcie Unia musi wzmocnić swą globalną reprezentację, musi w zdecydowanie większym stopniu niż dziś mówić jednym głosem i bronić interesów Europy jako całości. W określonych sytuacjach ten interes Europy może być sprzeczny z interesem pojedynczych krajów, dlatego też potrzebne są mechanizmy kompensujące.

W interesie wszystkich krajów członkowskich jest podjęcie wysiłków by zreformować Unię, zwiększyć jej efektywność. Kraje „grające” przeciwko Unii, dążące do jej osłabienia muszą mieć świadomość, że tak naprawdę grają na własną szkodę. Bez unijnego parasola staną się prędzej czy później bezsilnymi pionkami na globalnej szachownicy, zdanymi na łaskę i niełaskę wielkich.

Na koniec warto zauważyć, że to nie społeczeństwo – ze swoim niezadowoleniem – jest dziś problemem Europy. Problemem jest słabość elit gospodarczo-politycznych, brak liderów którzy byliby w stanie stworzyć klarowną i realistyczną wizję Unii na najbliższe lata oraz ścieżkę dojścia do tego pożądanego stanu. W tym kontekście coraz bardziej radykalne wybory dokonywane przez społeczeństwa niektórych krajów są jedynie wyrazem poszukiwania, w sytuacji gdy ci którym do tej pory ufano permanentnie zawodzą.

Andrzej Halesiak
Andrzej Halesiak