Drugą turę wygra zwycięzca pierwszej

Emmanuel Macron przewidująco wyskoczył z tonącej łodzi socjalistów i odmówił potem wzięcia udziału w ich prawyborach.

Wizerunek zwycięzcy pierwszej tury wyborów prezydenckich warto już teraz dobrze zapamiętać. Wszystkie znaki na francuskim niebie i ziemi wskazują, że tylko jakiś kataklizm mógłby uniemożliwić 39-letniemu politykowi wprowadzenie się po drugiej turze do Pałacu Elizejskiego.

Ustrojowa pozycja prezydenta Republiki Francuskiej, w zestawieniu z siłą tego państwa w Unii Europejskiej, to dwa powody wywołujące wielkie zainteresowanie całego kontynentu wyborami lokatora Pałacu Elizejskiego. Rzecz jasna nie aż takie jak ostatnie listopadowe wybory głowy Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale zdecydowanie większe niż np. wybory prezydenckie w… Rzeczypospolitej Polskiej. Dla nas poza relacjami dwustronnymi Warszawy i Paryża niezwykle ważne są oczywiście unijne, jako że Marine Le Pen głośno zapowiadała dążenie do frexitu. Zgodnie z ustabilizowanymi sondażami nacjonalistyczna europosłanka do drugiej tury weszła, ale nie jako liderka — co jest i wielkim jej sukcesem, i wielkim zawodem. Zebrała 21,53 proc. głosów, podczas gdy zwycięzca Emmanuel Macron 23,75 proc. Kandydatów startowało aż 11, czyli o wyniku dogrywki 7 maja zdecydują przepływy elektoratu. Ich bilans nie daje Marine Le Pen szans, chociaż oczywiście o poparcie przez „prawdziwych patriotów” będzie walczyła do końca.

Powtarza się sytuacja z wyborów prezydenta Francji w 2002 r. Wtedy wystartowało aż 16 kandydatów, zatem odsetki głosów w turze eliminacyjnej były bardziej spłaszczone. Walczący o reelekcję centroprawicowy prezydent Jacques Chirac zebrał 19,88 proc., a ojciec obecnej kandydatki Jean-Marie Le Pen — 16,86 proc. Wtedy już samo wejście nacjonalisty do drugiej tury, po wyeliminowaniu socjalisty, wywołało szok społeczny i błyskawiczne zawiązanie Unii na rzecz Większości Prezydenckiej. Elektoraty 14 kandydatów zgodnie postanowiły w drugiej turze zamknąć oczy i głosować przeciwko nacjonaliście. Co dało wynik zdumiewający — bufonowaty prezydent Jacques Chirac wygrał swoją drugą kadencję miażdżąco 82,21 do 17,79. Ten mechanizm przerzutki głosów powtórzy się 7 maja 2017 r., chociaż może w mniejszym stopniu. Sondaże przewidują procentowe zwycięstwo Emmanuela Macrona mniej więcej 62 do 38.

Jeszcze rok temu na niezależnego kandydata nikt nie stawiał. Ba, chyba nie bardzo wierzył… on sam, gdy zakładał ugrupowanie „En Marche!” („Naprzód Marsz!”). Pracował przecież w administracji kiepskiego socjalistycznego prezydenta Franćoisa Hollande’a, a w latach 2014–16 był ministrem gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. Jednak przewidująco wyskoczył z tonącej łodzi socjalistów i odmówił potem wzięcia udziału w ich prawyborach. Seria różnych kompromitacji, zwłaszcza mającego wysokie notowania Franćoisa Fillona, niespodziewanie wyniosła Emmanuela Macrona na czoło stawki.

Obecnie wystarczy mu, że do 7 maja nie zrobi jakiegoś głupstwa. Wypada także wyrazić nadzieję, że nie zdarzy się kolejny szokujący Francję zamach terrorystyczny. Gdy najbliższe dni przebiegną w miarę normalnie, prezydentura Emmanuela Macrona jest pewna. Z czego oczywiście cieszy się unijna centrala, albowiem doświadczony bankowiec jest zdecydowanym zwolennikiem integracji i umacniania strefy euro. Ale zanim formalnie wygra, już sam ma problem — na horyzoncie wybory parlamentarne. Jego „En Marche!” praktycznie… nie istnieje. Wszystko zatem wskazuje, że bardzo silny konstytucyjnie prezydent pozycjonujący się na niezależnego będzie musiał ułożyć zasady trudnej kohabitacji z parlamentem nie tyle politycznie przeciwnym, ile całkowicie mu obcym.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski