Komu awans, komu zawał

Ta nazwa wprowadza w błąd. Dyrektorska choroba, czyli zawał, sto razy bardziej grozi zwykłym wołom roboczym niż dyrektorowi.

Pamiętacie, jak inżynier Karwowski zasłabł na placu budowy? Lekarz pogotowia stwierdził, że to zawał. Jeszcze przed badaniem. Nic dziwnego. Gdy kręcono „Czterdziestolatka” – i jeszcze wiele lat później – powszechnie uważano zawał za chorobę dyrektorską: wynik stresu związanego z odpowiedzialnością, pełnieniem ważnych funkcji. Serialowa diagnoza się potwierdziła. Nowe badania obalają jednak przekonanie, że serducho siada zwykle menedżerom. Jest dokładnie na odwrót: problemy kardiologiczne imają się kiepsko opłacanych pracowników szeregowych, a szefowie na ogół trzymają się mocno! Dlaczego?

Wojciech Eichelberger i Jacek Santorski tłumaczyli kiedyś, że liderów biznesu cechuje przewaga energetyczna. Przekładając z języka psychologicznego: są silniejsi, zdrowsi, bardziej odporni od zwykłych zjadaczy korporacyjnego chleba. Ot, wybrańcy bogów, supergwiezdni herosi, farciarze, którzy wygrali los na genetycznej loterii.

Prawda wygląda banalnie: plaga zawałów ma związek z biedą, złym odżywianiem się, brakiem kasy na lekarza. W grupie wysokiego ryzyka są też ludzie z najniższych szczebli firmowej hierarchii. Tacy, którzy o niczym nie mogą decydować. Którym narzuca się w detalach, co mają robi, kiedy, ile i w jakim tempie. Od razu myślimy o poniewieranym budowlańcu z taczką i zahukanej kasjerce w hipermarkecie. Ale nie. Wpływu na swoją pracę i poczucia sprawstwa pozbawiono również miliony białych kołnierzyków.

To ofiary cyfrowego tayloryzmu, pracy przy taśmie XXI wieku. Joanna Stępień, doradca w firmie GFMP Management Consultants, zalicza do nich recepcjonistkę w szpitalu, która nawiązując kontakt z pacjentem, musi ściśle trzymać się narzuconych standardów obsługi. Inny przykład to gość z infolinii – leży przed nim skrypt, zgodnie z którym odpowiada na pytania klientów. Od tych ludzi nie oczekuje się kreatywności (ulubione słowo guru biznesu), tylko mechanicznego opanowania kilku prostych, odmóżdżających czynności. Najpierw psuje się im nieużywany umysł, potem serce.

Kolejną przyczyną zawałów jest poczucie krzywdy z powodu niskich płac – wskazuje niemiecki ekonomista Armin Falk, który na potrzeby eksperymentu przemienił swoją pracownię w typową firmę stosującą wyzysk. Zatrudnił sporą grupę osób do mozolnych obliczeń. A ponieważ robiły to coraz dokładniej i szybciej, jego przedsiębiorstwo zwiększało przychody i zyski. Tyle że pracownicy nic z tego nie mieli. Podwyżki i premie zgarniali menedżerowie, choć nawet bez tego zarabiali kilkadziesiąt razy tyle, co ich podwładni. Wkrótce u pracowników o jedną trzecią wzrosły stres i zagrożenie chorobą serca – jako rezultat niesprawiedliwości.

Jeśli wierzyć badaniom Edenred Ipsos z końca zeszłego roku, 52 proc. Polaków uważa, że zarabia za mało. Gorzej jest tylko w Chinach (62 proc.). Ale jaki szef – i psycholog biznesu – przejmie się źle opłacanym podwładnym i jego dyrektorską chorobą?

Miro Konkel
Miro Konkel