Elektrim, czyli niesmak po kanapkach

Najbogatszy Polak uznał, że drobni akcjonariusze powinni opłacić koszty organizacji walnego zgromadzenia. Wcześniej utrącił wszystkie zgłoszone przez nich projekty uchwał. 

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Elektrimu, fot. Marek Wiśniewski

„Zarząd spółki giełdowej i jej rada nadzorcza powinny zachęcać akcjonariuszy do zaangażowania się w sprawy spółki, wyrażającego się przede wszystkim aktywnym udziałem w walnym zgromadzeniu” – głosi kodeks dobrych praktyk spółek, notowanych na GPW.

W Elektrimie, który został wykluczony z notowań na początku 2008 r., ale uchwałą zarządu giełdy został zobowiązany do podjęcia (w nieokreślonym momencie) działań, zmierzających do powrotu na parkiet, tym kodeksem najwyraźniej nikt się nie przejmuje. Bo niby czemu miałby?

W piątek, 24 sierpnia, po miesięcznej przerwie dziesiątki osób zebrały się w siedzibie spółki na nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu, zwołanym na żądanie porozumienia akcjonariuszy mniejszościowych. Obrady, jak zwykle w Elektrimie, były burzliwe – drobni inwestorzy bowiem regularnie zasypują zarząd spółki pytaniami i oskarżeniami o celowe prezentowanie sytuacji spółki w barwach gorszych niż w rzeczywistości.

Pod koniec lipca, gdy walne zebrało się po raz pierwszy, na obradach – toczących się ze względu na frekwencję na krytym dachem dziedzińcu biurowca Elektrimu – pojawił się Zygmunt Solorz, największy akcjonariusz i przewodniczący rady nadzorczej spółki. Przyszedł, bo – jak mówił – chciał dogadać się z drobnymi inwestorami, którzy walczą o to, by po dekadzie poza giełdą na jak najkorzystniejszych warunkach wyjść z inwestycji lub doprowadzić do powrotu spółki na parkiet.

Miliarder był wtedy koncyliacyjny. Co prawda zgłosił własne uchwały, wśród których był jedna o wykreśleniu z porządku obrad wszystkich projektów akcjonariuszy mniejszościowych „ze względu na sprzeczność z prawem”, ale podkreślał, że zależy mu na „uratowaniu Elektrimu” i osiągnięciu porozumienia z odsądzającymi go od czci i wiary mniejszościowymi akcjonariuszami. Gdy obrady się przedłużały – dwie godziny zajęło samo przyjęcie porządku obrad – miliarder zgłosił wniosek o przerwę.

– Proponuję przerwę w obradach, by umożliwić rozmowy z akcjonariuszami. Tylko przez rozmowę można dojść do konsensusu – mówił wówczas Zygmunt Solorz.

Do spotkania z drobnymi akcjonariuszami doszło najpierw tuż po przerwaniu walnego (wśród drobnych inwestorów rozbawianie wzbudzał fakt, że na stolikach w sali obrad obok butelek z wodą pojawiły się niewidziane nigdy wcześniej kanapki), a następnie w poniedziałek, 20 sierpnia. Nie przyniosły one żadnych rozstrzygnięć, a na wznowionym po przerwie w piątek walnym miliardera już nie było.

Byli za to jego przedstawiciele, którzy – znów po burzliwych, kilkugodzinnych obradach – ku zdumieniu drobnych akcjonariuszy w ogóle nie zagłosowali w sprawie zgłoszonych przez Zygmunta Solorza uchwał merytorycznych (o emisji oraz o upoważnieniu zarządu do skupu akcji własnych). Bez problemu przegłosowali natomiast punkt o wykreśleniu z porządku obrad wszystkich projektów, zgłoszonych przez akcjonariuszy mniejszościowych.

Na koniec zrobili drobnym niespodziankę. Jerzy Modrzejewski, przewodniczący walnego i reprezentant Zygmunta Solorza, zaproponował uchwałę o obciążeniu kosztami walnego zgromadzenia – szacowanymi przez prezesa Wojciecha Piskorza na około 20 tys. zł – akcjonariuszy, na żądanie których zwołano walne.

Nic to, że żadnego z ich projektów nie poddano pod głosowanie. Nic to, że obrady odbyły się dwukrotnie – a więc były dwa razy droższe – na wniosek Zygmunta Solorza. Drobnym zachciało się aktywności i zaangażowania w sprawy spółki? To niech za to zapłacą. W porozumieniu jest ich ponad 500, więc wysupłanie 20 tys. zł nie powinno być wielkim problemem. Formalnie uchwała w tej sprawie nie złamała żadnych reguł i zasad, de iure wszystko jest w porządku.

Niesmak jednak pozostał.

PS: Gdy pierwszy raz poszedłem na walne Elektrimu, wziąłem ze sobą tylko długopis, notatnik i laptopa. Na kolejnych walnych byłem już lepiej przygotowany: biorę ze sobą własne kanapki i napoje. Niektórych poczęstunków lepiej nie przyjmować.

Marcel Zatoński
Marcel Zatoński