Jak nie kijem go, to pałką

Choć nastrój walki z reżimem rośnie wprost proporcjonalne do produktywności posłów na Wiejskiej, spory przetaczające się przez media dotyczą spraw ważnych, ale w kategoriach gospodarczych niekoniecznie najważniejszych. W efekcie podatek bankowy, jako społecznie uzasadniony, nie zasłużył, by wziąć go sobie na transparenty.

Fot: Fot. Rafal Kuzma/Forum

Było nie było AD 2016 nikt nie jest na tyle nieroztropny, aby szukać społecznego poparcia broniąc interesów instytucji finansowych. Podobnie los spotka za pewne „podatek od marketów”, który jest wprawdzie nieco mniej niewygodny, ale nadal politycznie niezręczny do obrony. Kowalski w Polsce swoje wie: „doliczą do ceny czy nie doliczą diabli wiedzą, ale co im zabiorą, to zabiorą” i owa krzepiąca myśl niekoniecznie przychodzi do głowy wyborcom PiS-u. W efekcie do szturmu przystąpiły organizacje branżowe, a pierwszy atak na bagnety wykonała Polska Izba Handlu. Owo rozpoznanie bojem działaczy niezwykle ucieszyło. Nie bez powodu. Dowodząca obroną Premier Szydło dostrzegła wagę problemu, a Wicepremier Morawiecki w lot przeniknął wagę argumentów. Lobbyści z PIH zgodnie z zasadami panującymi od lat w nadwiślańskim kraju, rachunek za własne korzyści postanowili wystawić innym. Uzyskując zrozumienie dla podwyższenia metrażu wyznaczającego podstawę opodatkowania (z 250m2 na 2500m2 ), jako wspaniałe źródło dochodów dla budżetu wskazali… internet.

Cóż, należy zakładać, że szermierzom interesów drobnych polskich przedsiębiorców (zrzeszającym również takie podmioty, jak BRICOMAN, InterMarche itp.) chodziło o wskazanie, iż internet jest obszarem, na którym wielkie sieci (Auchan, Tesco, Leclerc) realizują znaczne i wykładniczo rosnące przychody. Możliwe. Ale wygląda na to, że kolejna inicjatywa ustawodawcza dotyczyć będzie nie tyle opodatkowania handlu detalicznego (pytanie od jakiej ostatecznie powierzchni) ale od handlu internetowego ogółem. Absurd?

Organa podatkowe sterowane przez każdy z funkcjonujących w Polsce rządów od zawsze brały na sztandary zwalczanie dochodów realizowanych w „szarej strefie”. Ta wedle raportu opracowanego przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową z Gdańska przedstawia się następująco:

tab

To definitywnie zaświadcza, iż jest faktycznie o co powalczyć. Warto przy okazji zauważyć, że działalność klasyfikowana jako nielegalna (produkcja i handel narkotykami, prostytucja, przemyt) stanowi wedle szacunków GUS zaledwie 4% PKB i udział ten nie uległ znaczącym zmianom w trakcie minionych 5 lat. Nota bene zmiana restrykcyjnego ustawodawstwa w tym zakresie natychmiast przełożyłaby się na zwiększone dochody budżetowe, ale jest oczywiste, iż obecna administracja na pewno nie podąży tą drogą. Ale nie musi. Konkluzja jest bowiem jasna: większość dochodów zatajają przedsiębiorcy w ramach legalnie prowadzonej działalności lub osoby fizyczne, które takowej w ogóle nie zgłaszają. Analiza sposobów wykorzystania tak pozyskanych środków ma znaczenie drugoplanowe. Choć w zgodnej opinii większości badaczy zasilają one konsumpcje wracając do gospodarki narodowej, nieustająco tropi je aparat skarbowy wydając na ten cel coraz poważniejsze sumy. Jeśli wierzyć tabeli przedstawionej powyżej, wysiłki są nadal bezskuteczne, a przestępców w lawinowym tempie dostarcza internet, zasilając społeczną inicjatywę takimi formatami, jak Airbnb czy Uber. Trudno się zatem dziwić, że zainteresowanie fiskusa może się zwrócić tam, gdzie transakcje łatwo udowodnić, ponieważ je wyraźnie widać. A tropić jest co – polski e-commerce rośnie jak na drożdżach. Choć w 2009 odpowiadał „tylko” za 2,7% PKB, w 2010 pokonał szacowny udział dochodów z nielegalnych źródeł ( 5% za 2010 ), a w latach kolejnych zdeklasował kontrybucję do PKB świadczoną przez politycznie wrażliwe górnictwo. Wedle szacunków analityków, w 2015 ma zbliżyć się do 10% PKB, z czego solidny procent ma przypadać aktywności osób fizycznych. Tu w tropieniu aparat skarbowy ma już spore sukcesy, a orzecznictwo NSA nie pozostawia wątpliwości co do tego, jakie podatki i kiedy od handlu w internecie należy płacić.

Skutkiem ubocznym lobbystycznej inicjatywy Polskiej Izby Handlu może być nowe ustawodawstwo, solidnie uderzające w dynamicznie rosnący sektor internetowy. Sektor, który w większości europejskich krajów jest symbolem i motorem ważnych społecznych przemian. Być może zatem zamiast pokrętnych ustaw i komunistycznych podatków obrotowych rządzący poszliby odważnie drogą kolejnej podwyżki VAT? Cóż, wprawdzie niepokojąco kojarzy się to z posunięciami poprzedników, ale przynajmniej wszystkim dokłada solidarnie i w proporcji do generowanych przychodów. Warto przy tym pamiętać, że jeśli idzie o tą stawkę podatku, wyprzedzają nas w UE Rumunia (24%) a także Dania i Szwecja (25%).

Absolutnym liderem są lansowane jako wzór Węgry (27%). Extra 4% to niemal 20 mld dodatkowych dochodów budżetowych. Bez nowych struktur i technik kontroli. Normalnie grzech nie skorzystać, prawda?

PS.

Raport obrońców „narodowego” handlu detalicznego dostępny jest tu http://www.pih.org.pl/images/analiza_pih-polski_rynek_handlu_pih_5.01.16.pdf

Rafał Bauer
Rafał Bauer