Wal-Mart a sprawa polska

Największa sieć handlowa świata zamknie dziesiątki sklepów. Tnie głównie w małym formacie, który u nas zyskuje na popularności.

REUTERS/Carlos Barria

 

Z plotkami już tak jest, że wracają z uporczywością bumerangu (lub stałych gości „Kropki nad i”, by użyć mniej wyświechtanej metafory). Plotkę o tym, że Wal-Mart – najpotężniejsza sieć handlowa świata – może rozpocząć ekspansję na naszym rynku, słyszę od momentu, gdy zacząłem pisać o polskich marketach, czyli mniej więcej od pół dekady. Wraca ona przy okazji każdej większej transakcji, spekulacji o możliwych fuzjach, słabszych wynikach którejś z dużych sieci (hej, Tesco, to o was chodzi), krótko mówiąc – co chwilę.

Ostatnio wróciła przy okazji podatku od obrotów sieci handlowych, który mocno uderzy w rentowność działających w Polsce marketów, co – jak spekulują spekulanci – może kogoś skłonić do pożegnania się z krajem ciepłej wody w kranie. Jako że gigant powinien przejmować giganta, to najrozsądniejszym celem akwizycyjnym dla Wal-Martu jest oczywiście Biedronka, trzy razy większa od numeru dwa na naszym rynku detalicznym. Kontrolująca portugalską sieć rodzina Soares dos Santos wypłaciła niedawno sobie (i innym akcjonariuszom) ekstradywidendę i dokonała sporego przemeblowania w polskim zarządzie, co tylko plotki może podsycać. Tyle, że…

 

Zwijanie giganta

No właśnie. Wal-Mart, jak się wydaje, ma ważniejsze rzeczy do roboty niż pchanie się na polski rynek, gdzie konkurencja jest ostra, a reguły gry się zmieniają. W piątek, 15 stycznia, zarząd sieci poinformował, że zamknie 269 sklepów, w wyniku czego pracę straci około 16 tys. osób. Ciąć będzie przede wszystkim na swoim rodzimym rynku, ale kilkadziesiąt marketów zostanie zamkniętych również w Brazylii, której gospodarka radzi sobie ostatnio słabiej niż piłkarze canarinhos na mundialu. To największy program zamknięć w historii spółki, ale z polskiej perspektywy ciekawsze od skali cięć jest ich rozmieszczenie.

Większość zamykanych w USA placówek to najmniejsze sklepy, testowo rozwijane od 2011 r. Wówczas Wal-Mart – idąc za trendem, za którym podążają też działający w Polsce detaliści – postanowił być bliżej klienta i otwierać sklepy „tuż za rogiem”. To tzw. format convenience, u nas zdominowany przez Żabkę, ale mocną pozycję buduje w nim m.in. Carrefour, rozwijający się pod franczyzowym szyldem Express.

W Polsce o konieczności ekspansji w tym formacie ze względu na to, że klientom nie chce się jeździć do podmiejskich hipermarketów i spędzać w nich co najmniej kilkudziesięciu minut tygodniowo, mówi się od kilku lat. Wydawało się więc, że wielkie sieci będą szły w stronę zamykania wielkich sklepów i tworzenia wielkich sieci sklepików osiedlowych (ktoś tu ma chyba manię wielkości). Dlatego ruch Wal-Marta jest tak ciekawy.

 

Maluchy pod nóż

Jak Amerykanie tłumaczą zamykanie mniejszych sklepów? Cięciem kosztów i budowaniem rentowności, co w przypadku spółki giełdowej jest oczywiście zrozumiałe. Zarząd Wal-Martu doszedł do wniosku, że rozwijanie się w najmniejszym formacie po prostu im się nie opłaca, a klientów i tak nie straci, bo z większości małych sklepów było blisko do większych marketów z tym samym szyldem. Postanowił wydawać góry gotówki na coś innego – wzmacnianie dużych sklepów (które, choć mogą się coraz mniej podobać klientom, działają znacznie efektywniej i zwyczajnie przynoszą więcej pieniędzy), a także rozwijaniu działalności e-handlowej.

Czy na podobne ruchy zdecydują się te działające w Polsce sieci, które postanowiły poszaleć w mniejszym, można tylko spekulować. W tym momencie jest jednak jasne, że zarządy prędzej zainwestują dziesiątki milionów w malutkie sklepiki, niż postawią poważnie na e-handel(„nikt na tym nie zarabia”, „jesteśmy, bo inni weszli”, „wejdziemy, jak ktoś pokaże, że można na tym cokolwiek zarobić” – takie wypowiedzi szefów sieci marketów o spożywczej sprzedaży przez internet to reguła, nie wyjątek). Może jednak warto się zastanowić?

To jeszcze na koniec garść kontekstowych informacji o Wal-Marcie dla tych, którym nie chce się ich szukać na korpostronach, a chcieliby wiedzieć, jak gigantyczny może być gigant handlowy. Sieć oczywiście dominuje na rynku amerykańskim. W Europie ma tylko jeden przyczółek – od 1999 r. jest właścicielem brytyjskiej Asdy. Ma też bardzo silną pozycję w Kanadzie, Meksyku i Ameryce Środkowej, a w Ameryce Południowej jest obecna w Argentynie, wspomnianej Brazylii i Chile. Do tego dochodzi silna noga azjatycka (Chiny, Japonia, Indie), a także działalność w kilkunastu krajach Afryki Subsaharyjskiej, gdzie Amerykanie weszli na początku tej dekady.

Łącznie to 11,6 tys. sklepów w 28 krajach i około 2,2 mln pracowników, co sprawia, że na liście największych globalnych pracodawców sieć sklepów ustępuje tylko chińskiej i amerykańskiej armii. Solidnie, nasza (a właściwie portugalska) Biedronka zatrudnia około 50 tys. Rok finansowy spółki kończy się 31 stycznia, więc na aktualne dane finansowe jeszcze trochę poczekamy, ale w poprzednim handlowy Behemot miał ponad 485 mld USD przychodów ( bagatela 2 biliony złotych) i 5 mld USD czystego zysku.  Czyli, by skończyć plotkarski wątek z pierwszego akapitu, gdyby chcieli wejść do Polski, spokojnie mogliby kupić wszystko, co się rusza. Widać nie chcą.

 

 

 

 

 

Marcel Zatoński
Marcel Zatoński