Dzień Przedsiębiorcy zamiast podatku od handlu

Miał być od marca. Miał przynieść budżetowi 2 mld. zł. Miał być remedium na niepłacenie podatków przez hipermarkety. Miał obronić polski handel przed zagranicznymi korporacjami. Miało być pięknie… ale nie jest.

FOT. Bloomberg

Dzięki Bogu już czerwiec, a ustawa wciąż nie może przebić się przez Komitet Stały Rady Ministrów. I dobrze! Jednak PiS bardzo chce zrobić coś pozytywnego dla przedsiębiorców i na pierwszym czerwcowym posiedzeniu Sejmu z inicjatywy Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przesiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego będzie procedowana uchwała dotycząca ustanowienia 21 czerwca Dniem Przedsiębiorcy. Nie sądzę, że polscy przedsiębiorcy z niecierpliwością oczekują tej uchwały, ale stawiam tezę, że bardziej oczekują tego święta niż ustawy o podatku od handlu, który miał bronić ich przed wrogim zagranicznym kapitałem. Obawiam się też, że niedługo będą oczekiwać uchwały, która obroni polskiego przedsiębiorcę przed pomysłami rządu PiS. Nie sądzę też, żeby uchwała (chociaż w zasadzie nic z niej nie wynika) w obecnym kształcie uzyskała większość sejmową, bo w uzasadnieniu czytamy: „W dniu 4 czerwca 1989 roku odbyły się pierwsze, wolne wybory parlamentarne, które otworzyły nam drogę do wolności, w tym również do wolności gospodarczej.” Ups, chyba Prezes nie czytał!

Wracając do podatku, warto wyjaśnić raz jeszcze, bo rząd wciąż pozostaje głuchy na argumenty, dlaczego podatek od handlu, a szczególnie w wydaniu PiS, to zły pomysł. Zacznijmy od kwestii fundamentalnej, czyli faktu, że nie ma takiego podatku, który byłby wsparciem dla przedsiębiorców. Wsparciem dla przedsiębiorców jest brak podatku. A jeśli już rząd musi/chce wprowadzić jakiś nowy podatek, powinien starać się wyrządzić jak najmniejsze szkody. Tej zasady niestety nie stosuje PiS, zachowując się jak bohaterka opowiadania E.A.Poe, która przez przypadek złapała brzytwę:

  • Wyborcza teza PiSu, odwołująca się do nie najlepszych cech ludzkich – zawiści, zazdrości i niechęci do obcych, brzmiała: hipermarkety nie płacą podatków. Ale przecież, jeśli „ktoś” nie płaci podatków, to powinno się raczej uszczelnić system i nie pozwolić na agresywne optymalizacje, a ne dodawać kolejne obciążenia podatkowe, na które ten „ktoś” wymyśli kolejne uniki. Choremu nie podajemy przecież szczepionki, tylko lekarstwo.
  • Podatków nie płacą podobno zagraniczne sieci handlowe (chodzi tu głównie o branżę spożywczą). Czemu więc nowy podatek jest nakładany na cały sektor handlu detalicznego, który jest bardzo złożony, i w ramach którego występują różne branże? Specyficzną branżą jest np. RTV/AGD, w której dominują polskie podmioty i to właśnie one zostaną największym płatnikiem/podatnikiem podatku handlowego.
  • Każdy podatek, który nie jest równy dla wszystkich, powoduje naruszenie równowagi rynkowej. Niekoniecznie oznacza to pomoc słabszym. Raczej, że najsilniejsi zyskują nowy impuls, żeby walczyć ze słabszymi. Nowe obciążenie, paradoksalnie, mniej dotknie silnych, bardziej słabych, bo może rozpocząć grę na wyniszczenie.
  • Podatek dochodowy/przychodowy powinien uwzględniać zdolność do jego poniesienia. W tym przypadku nie uwzględnia – różne branże w obrębie sektora mają różne rentowności, a będą płacić tę samą stawkę. To nie jest sprawiedliwe.
  • Wprowadzanie kwot wolnych czy zróżnicowanych stawek podatkowych ma sens tylko wtedy, jeśli jest efektem analizy rynku. W ustawie PiSu stosuje się kwoty „z sufitu”, więc trudno oczekiwać, że KE zaakceptuje je jako kwoty graniczne, wskazujące np. na wzrost rentowności w danym sektorze po przekroczeniu określonej granicy przychodów.
  • Dużym problemem jest to, że jeśli KE zakwestionuje podatek, to trzeba go będzie oddać podatnikom – pewnie z przyszłorocznego (lub kolejnego) budżetu. Nawet wtedy, gdy któryś z ministrów lub cały rząd powtórzą po trzykroć, że nie interesuje ich stanowisko KE, bo Polska jest suwerenna.
  • Wprowadzanie nowych podatków bez szczegółowej analizy rynku w ogóle nie ma sensu i z ekonomicznego pkt. widzenia może przynieść więcej szkody niż pożytku. Zaburzy konkurencję, łańcuch dostaw i na pewno odbije się na krajowym biznesie. Czują to nawet autorzy ustawy, stąd pewnie zmiany dotyczące sprzedaży w internecie albo sprzedaży przez sieci sklepów powiązanych kapitałowo (ale działających na różnych NIPach).
  • Podatek ma wspierać polskich przedsiębiorców, ale trudno o przykłady, że podnoszenie podatków ukierunkowanych na zagraniczne podmioty, powoduje, że krajowi przedsiębiorcy mają się lepiej.
  • Wreszcie podatek od handlu miał spowodować, że zagraniczne sieci zostawią więcej podatku dochodowego/przychodowego w Polsce. Ciężko jednak opodatkować dochód/przychód, stosując pojęcia typowo VAT-owskie. A przecież nieprecyzyjny aparat pojęciowy to zmora prawa podatkowego, powodująca trudności w jego stosowaniu.
  • Na koniec kolejny fundamentalny argument: każdy podatek branżowy zostaje przerzucony na klienta. Chyba, że o to chodzi rządowi? Wyższa konsumpcja wywołana programem 500+, na którą tak liczy rząd, da wyższe wpływy z VAT przy wyższych cenach.

Ale jeśli chodzi tylko o cel fiskalny, bo innych w tak skonstruowanym podatku nie da się osiągnąć, to niech rząd się nie krępuje. Skoro we wszystkim naśladujemy Orbana, to zamiast 22% VAT na 2017 rok, można zapisać 27%, jak w bratnim kraju węgierskim.

A na 21 czerwca czyli planowany uchwałą Sejmu Dzień Przedsiębiorcy zróbmy coś naprawdę pozytywnego dla przedsiębiorców.

Moja propozycja – niech PiS zrezygnuje z podatku od handlu.

Izabela Leszczyna
Izabela Leszczyna