KNF ostro o kursie sprawiedliwym. Kryzys finansowy i 67 mld strat banków

Po dwóch miesiącach oczekiwania KNF przygotowała analizę potencjalnego wpływu przewalutowania kredytów frankowych wg koncepcji zaproponowanej przez Prezydenta Dudę, czyli po tzw. „kursie sprawiedliwym”. Opracowanie jest miażdżące dla prezydenckiego projektu. Komisja Nadzoru Finansowego napisała wprost – wprowadzenie ustawy frankowej w życie w tym kształcie spowoduje kryzys finasowy…

Kryzys franka: Spekulanci zarobili nawet 750 mln euro | Dyskusja.biz

A także bankructwo co najmniej 3 banków, zubożenie społeczeństwa, katastrofę finansów publicznych, gigantyczne osłabienie złotego, poważny kryzys na rynku nieruchomości, którego konsekwencjami objęci byliby również kredytobiorcy złotowi. W sumie łączne przewidywane koszty w wariancie optymalnym wyniosłyby 67 mld zł, ale KNF nieśmiało zwraca uwagę, że gdyby złoty się osłabił to mogłyby one wzrosnąć do 104 mld zł.

KALKULATOR KURSU SPRAWIEDLIWEGO

Łączna liczba kredytów frankowych przekracza 560 tysięcy – dane za 2014 rok.

15 stycznia 2016 roku Kancelaria Prezydenta opublikowała projekt ustawy o przywróceniu równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki. Zgodnie z nią kredyty walutowe miałyby być przewalutowane po tzw. „kursie sprawiedliwym”. Przykładowo osoba, która zaciągnęła kredyt w CHF w lipcu 2007 roku wtedy za helwecką walutę płaciła 2,27 zł. W tym przypadku „kurs sprawiedliwy” wg prezydenckiego projektu wyniósłby 2,8 zł za franka i po takim przewalutowanoby zobowiązanie takiego kredytobiorcy. Obecnie kurs CHF wynosi 3,91 zł.

Koszty łączne

Łączne koszty dla gospodarki mogą w sumie wynieść od 275 mld zł do 324 mld zł, czyli od 14% do 18% PKB.

Z opracowania Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na prezydenckiej koncepcji najwięcej skorzystaliby kredytobiorcy, którzy zaciągnęli zobowiązania w latach 2007-2008. W ekstremalnych przypadkach „kurs sprawiedliwy” byłby nawet niższy od ceny franka w momencie zaciągnięcia kredytu – przykładowo dla zobowiązania w wysokości 300 tys. zł na 24 lata w lipcu 2008 roku za franka płaciono 2,01 zł, ale już „kurs sprawiedliwy” dla kredytu w tej konfiguracji wyniósłby 1,88 zł.

Dlaczego tak długo czekaliśmy na opracowanie?

Nadzór przeprowadził specjalną ankietę wśród 58 banków za pośrednictwem NBP. Na wyniki i ich opracowanie trzeba było trochę poczekać. Naturalnie najpierw trzeba było tę ankietę przygotować, następnie przeprowadzić w tym wyjaśnić niejasności z bankami, o które dane KNF-owi konkretnie chodzi. Trochę to trwało – nie powinniśmy doszukiwać się złych intencji po stronie KNF-u, ale nie można wykluczyć, że takie przeciąganie sprawy miało też swój cel.

5 zł za franka – to możliwe

Z samego raportu wynika, że wprowadzenie prezydenckiego projektu w życie kosztowałoby sektor bankowy blisko 67 mld zł. To blisko 5-krotność zysku całego sektora z bardzo dobrego dla banków 2014 roku. Najgorszy scenariusz, który zakłada, że po wprowadzeniu ustawy w życie kurs złotego mocno się osłabi – spadnie nawet do 5 zł za franka – łączne koszty sektora podskoczą do 104 mld zł.

W scenariuszu dla 67 mld zł łącznych kosztów dla sekora niesie to konsekwencje obniżenia współczynnika wypłacalności banków z 16,3% nawet do 10,56% – niestety, to najbardziej prawdopodobny wariant.

Komisja przestrzega, że w najtrudniejszej sytuacji znalazłaby się grupa z drugiej pod względem wielkości piątki banków. Grupę tę dotknęłyby koszty zwrotów ze spreadu i umorzeń w wysokości ok. 1/3 całości tych kosztów w sektorze bankowym Jednocześnie banki te nie posiadają dostatecznych buforów dochodowych. Ich roczny wynik finansowy netto nie jest dostateczny dla pokrycia nawet zwrotów ze spreadu – stanowi zaledwie ok. 1/3 tej wartości. Wartość umorzeń stanowi dziesięciokrotność wyniku przewidywanego na 2016 roku.

We wspomnianej drugiej piątce największych banków znajdują się m.in. Getin Noble, Raiffeisen, Millennium oraz Handlowy.

Krwawa rewolucja w polskiej bankowości

Banki zmuszone zostałyby do pokrycia znaczącej części kosztów z kapitałów własnych. Z wyliczeń KNF wynika, ze w sześciu bankach poziom obniżenia funduszy własnych przekroczyłby 50% – co stanowi istotne powody do ich likwidacji (bankructwa). W trzech z nich kapitały własne nie wystarczyłyby do pokrycia kosztów. Zabrakłoby 6,3 mld zł. Aktywa tej ostatniej trójki sięgają 169,4 mld zł. Ponadto KNF ostrzega, że procesie realizacji restrukturyzacji mogą pojawić się okresowe zaburzenia na rynku walutowym, które mogą sprzyjać osłabieniu złotego.

Dodatkowo dla pięciu banków obciążenia te będą oznaczały spadek współczynnika kapitałowego (TCR) poniżej 4% (wymagane jest 8%). Zejście poniżej połowy wymaganego progu w zasadzie oznacza upadłość. Wspomniana piątka to istotne banki, ze względu m.in. na łączny poziom aktywów w wysokości 344,7 mld zł, czy łączne poziomy depozytów sektora niefinansowego 208,5 mld zł (22% w sektorze bankowym). Banki te posiadają ok. 10 mln klientów.

Katastrofalny wpływ na rynek nieruchomości

W bankowych portfelach kredytowych znajduje się ok. 180 tys. zobowiązań walutowych w przypadku, których kredytobiorcy zgodnie z założeniem projektu prezydenckiej ustawy, mogliby rozważyć zwrot nieruchomości. W przypadku przejęcia tych lokali przez banki doszłoby do dużej nadpodaży i w konsekwencji znacznego spadku cen nieruchomości gdyż najprawdopodobnie banki pozbywałyby się ich z dużym dyskontem – tak za 65-70% obecnej ceny rynkowej? Dlaczego. A no dlatego, że banki minimalizowałyby straty, musiałyby szybko poprawiać stosunek kapitałów własnych i jednocześnie nie stać by ich było na ponoszenie stałych kosztów eksploatacyjnych za te mieszkania. To, zdaniem KNF, mogłoby doprowadzić do wstrzymania inwestycji i kryzysu na rynku nieruchomości, którego efektem byłoby m.in. zubożenie obywateli.

Komisja nie przebiera w słowach. Język dyplomacji w opracowaniu Nadzoru ma bardzo ostre tony

– Skutki finansowe projektowanej ustawy mogą w efekcie nie tylko zachwiać stabilnością poszczególnych banków, ale również prowadzić do utraty zaufania do systemu bankowego, a w skrajnym scenariuszu spowodować kryzys finansowy – czytamy w opinii KNF.

Z drugiej strony mamy frankowców, którzy twierdzą, że KNF zawyżyła koszty by przerazić ustawodawcę możliwymi konsekwencjami i w ten sposób wstrzymać prace nad tym projektem. Być może szacunki są zawyżone, ale o ile? 10%, 15% – to wciąż katastrofa. Ustawa w tym kształcie to proszenie się o kłopoty i frankowcy wcale na tym by nie skorzystali. Po pierwsze obniżenie ratingu Polski, czyli wzrost kosztu obsługi długu, który rósłby, bo państwo musiałoby dołożyć do sektora bankowego z pieniędzy, ktorych nie ma. Po drugie kryzys na rynku nieruchomości, czyli zastój i marazm w całym sektorze budowlanym a to wzrost bezrobocia. Tych kilka tysięcy etatów w bankach mniej to najmniejszy problem. Giełda kaput – tu nie ma nawet o czym pisać. Po trzecie – odpływ kapitału zagranicznego.

Po czwarte – obniżenie kursu złotego, czyli wzrost cen m.in. paliw. Euro na wakacje to w tej sytuacji najmniejszy problem. Brzmi strasznie, ale dzisiaj spora grupa frankowców ma pracę i to dobrą – polska gospodarka w kryzycie oznacza, że spora grupa z nich chociaż tanio sobie przewalutuje kredyt to może stracić źródło dochodu by spłacać go nawet w mniejszej wysokości. I to nie na dwa miesiące, ale całe lata. Akcja kredytowa wpierająca biznes – to także byłoby wspomnienie. Koszty kredytów i ceny produktów bankowych byłyby tak wysokie, że drugie konto stałoby się wyznacznikiem luksusu. Kredyt w firmie na inwestycje podrożałby tak bardzo, że polskie przedsiębiorstwa na lata straciłyby możliwość rozwoju, a co za tym idzie – przegrywalibyśmy konkurencję z Zachodem i Wschodem na własne życzenie.

Części frankowiczom należy pomóc – najlepiej dla nich by cena franka wróciła do poziomu ok. 3,3 zł – może zamiast wprowadzać nowe ustawy wystarczy po prostu pracować nad wynikami gospodarczymi i trochę poczekać?

A jakie są szanse na to, że ustawa prezydenta wejdzie w życie w tym kształcie? Szanse są, ale raczej bliskie zeru. Nie chce być brany za obrońcę banków, bo uważam, że muszą ponieść koszty swojej pazerności kredytowej w latach ubiegłych, ale nie w tak drastycznym wydaniu, który spowoduje przede wszystkim straty ludzi, którzy z frankami nigdy nie mieli nic wspólnego. Istotą jest zachowanie równowagi.

To oczywiste, że banki grały na czas – mogły same bez nadzorczego bata wyjść z inicjatywą pomocy, nawet jeśli miałoby je to trochę kosztować. Sektor opieszale zignorował problem i teraz mamy tego efekt. Pamiętajmy też, że frankowcy to nie są niewinne owieczki – można im pomóc, bo nie stać nas na wykluczenie 50 tysięcy ludzi z życia społecznego i finansowego, ale nie róbmy tego w nierozsądny i populistyczny sposób.

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak