Przejmowanie crowdfundingu – … metodą plastra salami

Ostatnio na rynku finansowym pojawiła się informacja o zakończeniu prac nad zasadami dobrych praktyk platform crowdfundingowych. Ich właściciele i operatorzy z entuzjazmem podeszli do tworzenia środowiskowego kanonu postępowania. Zdaje się jednak, że w swoim entuzjazmie nie dostrzegają, iż to co jest im przedstawiane jako działania na ich rzecz i dla ich dobra to pozory wiodące ku temu, żeby rodzącą się i rozkwitającą branżę w Polsce zacząć przejmować metodą plastra salami.

Źródło: iStock

Motto: Łatwiej kijek pocieńkować, niż go później pogrubasić.

 

Skąd i dlaczego ten crowdfunding?

Crowdfunding od swojego zarania zawsze był wolny od wpływów i nacisków instytucji lobbingowych działających na rynku finansowym. Określenie „crowdfunding” oznacza po prostu „finansowanie przez tłum”, przez społeczności lokalne, przez grupy wpierające jakąś inicjatywę. Wyrosło ono z ruchów oddolnych, tzw. grass-roots, jako emanacja finansowania projektów bądź pomysłów na rzecz lokalnej społeczności. Jeśli dana społeczność zdecydowała, że na jej terenie ma być zagospodarowany nieużytek w postaci jakiego zagajnika i przekształcony w ogródek jordanowski z placem zabaw dla dzieci, to zamiast poszukiwać na ten cel środków publicznych bądź finansowania bankowego, powoływany był komitet, który zajmował się zbiórką wśród społeczności lokalnej, by taki projekt sfinansować. Jeśli na przykład górskie ochotnicze pogotowie ratunkowe szukało środków na sfinansowanie zakupu osprzętu, to ogłaszano zbiórkę takich środków przeważnie wśród osób wspinających się po górach. Jeśli potrzebne byłyby środki finansowe na opłacenie kosztownego leczenia kogoś, to postępowano w podobny sposób. Zawsze, w takich przypadkach, funkcjonowała społeczna kontrola. Wydatkowanie środków finansowych było celowe. Istniała również możliwość zaudytowania takiej zbiórki i przedstawienia wyników audytu społeczności lokalnej. W ten sposób możliwości sfinansowania bezliku projektów uzyskały również organizacje pozarządowe (stowarzyszenia lub fundacje), które nie mogąc z jakichś powodów zaciągnąć kredytów bądź uzyskać środków ze źródeł publicznych mogły realizować swoje cele. Z crowdfundingiem wiąże się jeszcze jedna dosyć ciekawa cecha, że biorącym udział w zbiórce zapewnia możliwość uzyskania z tego tytułu dodatkowej nagrody w postaci rzeczowej bądź finansowej.

Trwało to wszystko do pewnego czasu, aż ktoś sobie wynalazł sprytny sposób, by obchodząc cały regulowany system finansowania oparty bądź to na rynku kredytowym (w ramach sektora bankowego lub instytucji pożyczkowych) bądź to na rynku inwestycyjnym (głównie giełda i obrót niepubliczny) móc zrobić wyłom w postaci finansowania udziałowego. Tak się narodził crowdfunding udziałowy (inwestycyjny), który by się odróżnić od poprzedniego nazwał się „crowdinvestingiem” (w luźnym tłumaczeniu – inwestycyjnym finansowaniem społecznościowym). Tutaj, w odróżnieniu od „klasycznego” crowdfundingu uchylone zostały wrota do lukratywnej formy inwestowania. Lukratywnej ze względu na fakt pozostawania zdecydowanie poza kontrolą państwa czy też sektora finansowego. W tej niszy zaczęto robić bardzo korzystne interesy, gdyż wystarczyło ogłosić publicznie potrzebę pozyskania środków wpierw do poziomu 100 tys. euro (obecnie 1 mln euro), żeby ta forma pozyskiwania pieniędzy na dane projekty biznesowe była bardziej konkurencyjna niż to co oferował sektor bankowy w formie kredytów inwestycyjnych lub rynek kapitałowy w postaci plasowania akcji spółki poszukującej w ten sposób finansowania na niezwykle drogim rynku jakim jest New Connect. Twórcy, animatorzy i rozwijający crowdinvesting mówiąc najprościej zagrali na nosie bankom oraz instytucjom rynku kapitałowego, w większości domom maklerskim i samej giełdzie.

W Polsce pojawiło się dosyć sporo ludzi zamożnych skłonnych finansować różne ciekawe projekty. Czasami inwestując bezpośrednio, czasami poprzez formy, które ze względu przede wszystkim na kryterium stopy zwrotu z inwestycji są atrakcyjniejsze niż to, co oferuje giełda lub niepubliczny rynek kapitałowy. Ludzie ci zaczęli szukać przede wszystkim start-upów, ale i również dojrzalszych firm, w które byli skłonni zainwestować swoje środki. Zamierzali bowiem nie tracić korzyści alternatywnych na nieopłacalne lokaty w bankach czy też na instrumenty inwestycyjne dostępne na publicznym rynku kapitałowym, jednak nie zapewniające ciekawych stóp zwrotu. Z drugiej strony, nie za bardzo też chcą się angażować w zorganizowane formy rynku private equity. Jedno, co było im potrzebne to istnienie możliwości skupiającej ciekawe pomysły (projekty) biznesowe w jednym miejscu, do czego doskonale nadawały się platformy internetowe. Zostały one bowiem wcześniej sprawdzone w „klasycznym” crowdfundingu. Platformy, które zapewniały pewien stopień przejrzystości biznesowej, z jednej strony, z drugiej natomiast, funkcjonalność zbliżoną do tej oferowanej przez giełdę papierów wartościowych.

„Emisja” sprawdzona przez zespół ekspertów w firmie zapewniającej daną platformę, przeprowadzony due-dilligence prawny, ekonomiczny, finansowy projektu; przeprowadzony audyt zbiórki itp. itd. na platformie, której postawienie i rozwój kosztowały mniej więcej tyle samo co stworzenie domu maklerskiego, to chyba wystarczający powód by branża maklerska a wraz z nią giełda poczuły się zagrożone. Wszak, w sytuacji gdy na rynku bankowym dochodzi wcześniej do dosyć osobliwej interwencji organu ochrony konkurencji i konsumentów działającego za zlecenie Komisji Europejskiej w sprawie ograniczenia swobody i konkurencyjności zagranicznych platform P2P do działania na krajowym rynku pożyczkowym i korzystania z dobrodziejstw dyrektywy PSD2, może pojawić się zagrożenie podobnych interwencji jednak w obszarze sektora crowdfundingowego. Trzeba zatem przejąć kontrolę nad nim jednocześnie tworząc pozory stwarzania jemu możliwości działania.

 

Banki – giełda, czyli zabawa w ciuciubabkę

Niestety, ale szczęście często nie trwa długo. Kilka ciekawych projektów w 2019 r. z jednej strony jak magnes przyciągnęło kilka platform zza granicy. Dostrzegły one bowiem swoją szansę na Klondike nad Wisłą, mogąc wejść na przetarte przez poprzedników wcześniej ścieżki. Z drugiej natomiast wywołały zainteresowanie wśród głównych aktorów polskiego rynku finansowego, tj. sektora bankowego i giełdy. Nad wymową bowiem takich „słupków” się nie przechodzi obojętnie.

Kiedy w przeliczeniu na złotówki wyniosło to tyle.

Jak również, szczególnie wtedy, gdy 103 strony wcześniej się widziało takie.

 

Co do zasady banki z giełdą wcale nie konkurują, jak się powszechnie uważa. One już dawno podzieliły między sobą swoje strefy wpływów i dbają o to, żeby nic konkurencyjnego wobec jednego bądź drugiego nie wyrosło, mając niepisany „pakt o nieagresji”. Tam, gdzie trzeba potrafią się wspierać z żelazną konsekwencją, działając na zasadzie trochę „dobrego” i „złego” policjanta. Jeśli wyrasta z pozoru alternatywny wobec banków sektor pożyczkowy, to giełda milcząc przygląda się temu jak sektor bankowy robi porządek na swoim „podwórku”. Podobnie jest w przypadku, gdy na rynku inwestycyjnym wyrastają inicjatywy mające zagrozić monopolowi giełdy na usługi dla inwestorów oraz emitentów.

Giełda papierów wartościowych poza pompatycznym określaniem jej jako instytucji infrastrukturalnej rynku kapitałowego jest de facto firmą świadczącą określony rodzaj usług finansowych z zagwarantowanym monopolem państwowym na pośrednictwo finansowe szczególnego typu. W tym sensie giełda papierów wartościowych jest pośrednikiem finansowym, który zrobi wszystko, żeby obronić swoje status quo – a przede wszystkim swoje interesy i rentowność prowadzonego przez siebie biznesu. Menedżerom z platform crowdfundingowych można jedynie wskazać, iż będąc zapraszanymi przez giełdę do wspólnych projektów, w tym np. do tworzenia platformy crowdfundingowej dają sobie narzucić narrację państwowego pośrednika na rynku kapitałowym, który metodycznymi działaniami będzie dążył do stopniowego przejmowania ich niszy rynkowej. Giełda zapewne w swoim hallu czy Sali Notowań zorganizuje niejedną konferencję poświęconą crowdfundingowi, zapraszając szefów działających w Polsce platform, jednak w trakcie trwania eventu specjaliści kilka pięter wyżej będą analizowali jak przejąć segment rynku obsługiwany przez goszczone niżej platformy. Wiele wcześniej istniało ciekawych projektów, by wspomnieć Polską Giełdę Finansową, Centralną Tabelę Ofert, wtórny niepubliczny rynek maklerski, które swego czasu też były Super Nowymi na rynku kapitałowym. Przypuszczalnie, menedżerowie, zarządzający i właściciele owych platform crowdfundingowych o tym nie pamiętają lub nie wiedzą, że takie inicjatywy prędzej znikały niż pozwalano im się rozwinąć. Warto, zatem wyciągać wnioski z historii polskiego rynku kapitałowego. O tym się na środowiskowych eventach nie mówi, z racji środowiskowego optymizmu.

W przypadku crowdinvenstingu można być nieomal pewnym, że sektor bankowy zajęty swoimi problemami jak walka o zachowanie jego rentowności; przyspieszenie ucieczki do przodu w postaci modernizacji technologicznej (nota bene na ich zapleczu trwają intensywne prace nad adaptacją technologii blockchain w celach wdrożenia pieniądza cyfrowego); radykalnym podniesieniem poziomu cyberbezpieczeństwa; tsunami przegrywanych spraw sądowych w związku z kredytami quasi-frankowymi; odpryskami afer typu Ambergold lub Getback; chwiejącą się reputacją i wieloma innymi, „scedował” na instytucje rynku inwestycyjnego zadanie zrobienia porządku w zakresie wyrastających jak grzyby po deszczu alternatywnych form finansowania. Obszar private equity został już dawno objęty kontrolą, zaś dolary przeciwko orzechom, że menedżerowie, zarządzający i właściciele platform crowdfundingowych tego chyba nie dostrzegają. Wprawdzie, środowisko bankowe publicznie wyraża zainteresowanie tym, że coś nowego na rynku finansowym się pojawia, to są to mimo wszystko pozory. Jak się wobec tego do całego problemu zabrały instytucje rynku inwestycyjnego?

Z początku było to przyglądanie się rozwojowi sytuacji. Giełda ma bowiem to do siebie, że dosyć długo analizuje różne inicjatywy i projekty, gromadząc w tym czasie siły i środki, żeby w nieoczekiwanym momencie przejść do kontrofensywy. Stać jest giełdę na to, by dać sobie zawsze czas na bliższe przyjrzenie się danej kwestii i nie reagowanie impulsywnie zgodnie z powstającą modą. Czerpie ona bowiem z zasobów pamięci instytucjonalnej i wcześniej przetrenowanych wariantów działania. Obserwowała bowiem jak się pewne projekty kryptowalutowe oparte na (dosyć zbliżonych do crowdfundingu) mechanizmach STO (Securities Token Offerings) i IEO (Initial Exchange Offerings) wypalają, wywołując niekiedy kontrowersje, jeśli chodzi o tą ideę finansowania. Na jej rzecz zaczęła też pracować kampania ostrzegająca przed kryptowalutami blisko kojarząca wejście w alternatywne inwestycje ze scamami finansowymi. Tworzący się bowiem zlepek znaczeniowy giełda kryptowalutowa – blockchain – scam – crowdfunding musiał działać na korzyść późniejszemu wejściu GPW w obszar crowdfundingu. Dzięki temu spowolnieniu uległ impet i zainteresowanie wśród potencjalnych emitentów wejściem w ten model finansowania inwestycji. Jeden sukces emisji Wisły Kraków jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Sukces ten był poza wszystkim prosty do osiągnięcia, gdyż społeczność kibicowska tego klubu sportowego była silnie lokalnie skoncentrowana, zaś mnożąc jej wielkość przez średnią wysokość wpłacanych kwot dosyć łatwo można było uzyskać zakładany efekt. Reszta jednak potencjalnych emitentów się przestraszyła, że wejście na platformy crowdfundingowe może być przez regulatora źle widziane. Dzisiaj, GPW rozwijając projekt pod nazwą GPW Private Market zapewne oczyści zastosowanie technologii blockchain i crowdinvestingu od powyższych złych konotacji, sprawiając że ten model finansowania uzyska „uświęcone” regulacjami rządowymi „prawo obywatelstwa”. Ponadto, uruchomienie tego segmentu przez Giełdę pozwoli tej instytucji osiągnąć uzysk promocyjny jako instytucji nowoczesnej, podążającej za rozwojem technologicznym oraz sprzyjającej finansowaniu oddolnemu. A gdy temu będzie towarzyszyła odpowiednio głośna oprawa promocyjna, medialna i propagandowa, to stanie się to również poręczną okazją przytłumienia niezbyt korzystnego wydźwięku raportu Najwyższej Izby Kontroli na temat afery Getback. Byłaby to doskonała okazja na stworzenie czegoś dzięki czemu rynek puści w niepamięć kojarzenie GPW z tą aferą.

 

… a regulator i zaufani?

Regulatorowi zawsze było blisko do sektora bankowego i zinstytucjonalizowanego rynku inwestycyjnego (kapitałowego). Urzędnik, odpowiedzialny przed politycznym nominatem na stanowisko szefa organu regulacyjnego, rozumie, że jakkolwiek by dobrze dana idea nie wyglądała, to najważniejsza jest akceptacja „góry”. W Polsce natomiast „góra” wykazuje inercję wobec jeszcze wyższej „góry”, to jest regulatora unijnego – Europejskiego Banku Centralnego, ESMA czy też Europejskiej Rady Stabilności Finansowej. Do tłumaczenia tego, jakie te organizacje mają stanowisko regulator ma do dyspozycji wielkie kancelarie prawne, które choć może wiedzą dobrze jakie są zapotrzebowania realne na rynku na dane rozwiązania to muszą dbać o bezpieczeństwo regulacyjne sfery, na rzecz której świadczą swoje usługi. W rzeczy samej regulator unijny kolejkując sobie ważność zadań na przyszłość wie, że ważność problemu Brexitu jest większa niż problemu crowdfundingu, wziąwszy pod uwagę fakt, iż wyjście Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty oznaczać musi zastopowanie projektu Unii Kapitałowej sztandarowego dla Brukseli. Elementem tego projektu były również kwestie uregulowania obszaru crowdfundingu (a w zasadzie crowdinvestingu). Na to się też nakładają lokalne uwarunkowania, jak choćby to kto z interesariuszy projektu rozwoju crowdinvestingu w Polsce, szczególnie w obszarze bliskim regulacji, będzie beneficjentem tego projektu. Biorąc pod uwagę również to, że jest to zbieżne z tworzeniem środowiska regulacyjnego (Sandbox) sprzyjającego rozwojowi sektora FinTech, InsurTech i RegTech w Polsce, trzeba było z jednej strony spowolnić prace nad rozwojem tego środowiska. Od kilku dni już jest wiadome, że będzie ono kształtowane zgodnie z wytycznymi Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Z drugiej natomiast zepchnąć proces tworzenia regulacji środowiskowych na zaufaną organizację lobbingową, która wykonując takie zadania „zlecone” gwarantuje utrzymanie pewnej kontroli nad rozwijającym się sektorem.

Jak następuje proces przejmowania kontroli nad wyrastającym i rozwijającym się sektorem, na który pierwotnie nie ma się wpływu? Na początek trzeba zaproponować stworzenie luźnego zbioru zasad obejmującego daną branżę. Oczywiście, najlepiej ku temu służy zorganizowanie wcześniej jakiego spotkania formalnego bądź półformalnego z danymi biznesami, które mają z czasem być poddane wpierw łagodnej, zaś później coraz ostrzejszej kontroli. Można takie spotkanie zorganizować jako poprzedzające większe wydarzenie, na przykład kongres bądź konferencję, na które przedstawiciele danego biznesu są wpierw zapraszani jako bierni uczestnicy, później jako paneliści, zaś ostatecznie jako współorganizatorzy. W, tzw. międzyczasie, odbywane są spotkania nieformalne, bliżej zapoznawcze, których celem jest mocniejsze zasymilowanie rodzącego się środowiska, by metodą plastra salami sukcesywnie, metodycznie i konsekwentnie przejmować nad nim wpływ i kontrolę. W jakimś momencie można wyjść z propozycją tworzenia miękkiego prawa (w zasadzie zbioru zasad) środowiskowego, którego celem jest z jednej strony coraz większe usztywnianie gorsetu warunków biznesowych (wyręczając tym samym państwowego regulatora), z drugiej natomiast, podnosząc próg wejścia do biznesu potencjalnym naśladowcom (ku zadowoleniu pionierów, newcomer’ów danej branży). Wszystko to oczywiście w imię zasad, czyli tzw. ochrony konsumenta (ergo, inwestora) i interesu publicznego. M. Friedman /1962/ kiedyś opisał to następująco:

W argumentach, za pomocą których próbuje się przekonać ciała ustawodawcze do wprowadzenia postanowień o licencjonowaniu, zawsze jako uzasadnienie znajdują się słowa o konieczności ochrony interesu publicznego. Jednakże naciski na legislaturę, by wprowadziła licencjonowanie jakiegoś zawodu, rzadko pochodzą od ograbianych, czy w inny sposób niewłaściwie traktowanych, klientów. Przeciwnie, naciski niezmiennie płyną od członków tego właśnie zawodu.

Trzeba pamiętać, że są to słowa ortodoksyjnego liberała. A zatem, pierwszym krokiem ku państwowej regulacji jest stworzenie sobie przyczółka w postaci wykreowania, tzw. norm miękkich, zwyczajowych i środowiskowych.

Kreacja tych norm środowiskowych wywołuje z reguły skutek taki, że zaczyna ich powstawać coraz więcej, gdyż każde takie normy są obudowywane interpretacjami. Te natomiast ujawniają luki w poprzednich regulacjach. Z kolei, luki te powodują nowelizację zasad. I proces normotwórczy nabiera na sile oraz trwa bezustannie. Oczywiste jest to, że podczas niego można coraz bardziej przemycać coraz to ostrzejsze zasady organizacji, prowadzenia i rozwoju biznesu, dodając nowe warunki, obostrzenia, sankcje (miękkie i twarde). Każde takie nowe postanowienia naturalnie podwyższają próg regulacyjny wejścia do biznesu i wiążących się z tym kosztów. Skutkiem tego może być również to, że biznesy poddane w ten sposób przekształceniom w coraz mniejszym stopniu przypominają to, czym były pierwotnie, zaś w coraz większym to, co oddala je od pierwotnej potrzeby ich powstania. W pewnym momencie w dany proces może włączyć się państwo (i nierzadko tak bywa) z całym instrumentarium prawnym, regulacyjnym i legislacyjnym, by przejmując dotychczas powstałe zręby norm środowiskowych przekształcić je w twarde normy państwowe egzekwowane, tzw. przemocą instytucjonalną. Nie byłoby niczym zaskakującym to, że regulator inkorporując miękkie normy środowiskowe będzie się starał na ich bazie stworzyć państwowe regulacje ustawowe, czekając na „dowiezienie” regulacji unijnych w tym obszarze. W momencie pojawienia się tych regulacji, będzie miał on jako partnerów środowisko już podlegające kontroli i wpływowi zaufanej organizacji lobbingowej. Platformy te zostaną w ten sposób zneutralizowane i ich siła występowania wobec narastających żądań Giełdy zostanie zredukowana. Alternatywą byłoby jak najszybsze powołanie Izby Gospodarczej Platform Crowdfundingowych i środowiskowa emancypacja wobec tamtej organizacji lobbingowej. Powstanie takiej Izby byłoby ukształtowaniem własnej reprezentacji środowiskowej wobec parlamentu, rządu i innych ważnych graczy i instytucji. Pozostawanie natomiast „pod kuratelą” tamtej organizacji stanowić będzie oddanie zabierania głosu wobec interesów własnego środowiska organizacji mogącej nie do końca być zainteresowaną rozwojem tej branży finansowej.

 

Dokąd to może wszystko zaprowadzić?

Giełda pracuje intensywnie nad swoim GPW Private Market, który ma na celu stworzenie warunków inkubacji i rozwoju dla technologicznych start-upów, dla których szykowane jest środowisko crowdfundingowe oparte na blockchainie. Jej bezdyskusyjne przewagi to:

  1. 30-letnia wiedza biznesowa w rozwoju rynków i produktów inwestycyjnych;
  2. Stabilne środowisko prawne, technologiczne, kadrowe, finansowe;
  3. Rozpoznawalność globalna;
  4. Środowisko technologiczne, spełniające najwyższe krajowe i zagraniczne normy bezpieczeństwa;
  5. Możliwość wyasygnowania nieomal nieograniczonych środków finansowych na rzecz zakupu, wdrożenia i podtrzymania dowolnej technologii blockchain/ AI/ RPA itp.;
  6. Możliwość szybkiego wykreowania Project Management Office na rzecz utworzenia Innovation Hub, przy wykorzystaniu każdej metody Agile;
  7. Możliwość penetrowania w środowisku akademickim/parków technologicznych talentów, którym można ułatwić inkubację ich startupów, począwszy od etapu Business Angel, poprzez struktury zbliżone do Venture Capital aż na ich notowaniu w środowisku crowdfundingowym; oraz
  8. Przewaga komparatywna w stopniu przychylności instytucji regulacyjnych dopuszczających funkcjonowanie takiego środowiska.

Reaktywacja realna projektu Sandboxa regulacyjnego ma nastąpić za około 11 miesięcy do półtora roku. Ogłoszony niedawno plan wytyczenia ścieżki dla firm z sektora Fintech w kierunku nowych technologii nie jest jeszcze właściwym Sandboxem regulacyjnym. On prawdopodobnie będzie wyglądał tak, jak zostanie zaprojektowany przez EBOiR i narzucony Polsce do realizacji. Nie bez kozery przecież zostało w Polsce również odłożone w czasie wprowadzenie, tzw. Prostej Spółki Akcyjnej, gdyż prawdopodobnie zgodnie z analizami EBOiR brak jest sprzyjającego środowiska regulacyjnego dla umożliwienia firmom powstałym na skutek tej regulacji inkubowania się pod kontrolą inkubatora pozostającego pod rządową kontrolą. Roli tej prawdopodobnie nie mógł pełnić Polski Fundusz Rozwoju zaangażowany głęboko w misję rozwoju Pracowniczych Programów Kapitałowych oraz szereg innych ważnych projektów rządowych, jak np. tworzenie, tzw. Chmury Krajowej. Wydaje się zatem, że ani państwowy regulator ani państwowe instytucje finansowe nie są do końca przygotowane na głęboką absorpcję innowacji technologicznych, jak również nowoczesnych modeli biznesowych i ich finasowania. W celu zatem zyskania na czasie rozwój środowiska crowdfundingu został prawdopodobnie umieszczony w swego rodzaju „zamrażarce”.

Państwowy regulator wydając w zeszłym roku stanowisko interpretujące zasady działania crowdfundingu w Polsce właściwie wyraźnie wskazał, że dotychczasowy kierunek rozwoju nie może być zaakceptowany. Szczególnie się to odnosiło do kwestii, bodajże najważniejszej dla platform crowdfundingowych, tj. prezentowania emisji udziałów na danej platformie w rozumieniu zbliżonym do emisji publicznej instrumentu inwestycyjnego na publicznym rynku kapitałowym. W skrócie chodziło de facto o wprowadzenie zakazu promowania emisji na platformach crowdfundingowych. Wywołało to spore zaskoczenie wśród graczy i obserwatorów na rynku, gdyż właśnie na tym platformy starały się budować przewagę konkurencyjną nad regulowanymi instytucjami rynku kapitałowego. Przewagi polegającej na tym, że bez konieczności sporządzania kosztochłonnego prospektu emisyjnego, wymagającego audytu i zatwierdzenia przez organ nadzoru nad rynkiem finansowym, emitent mógł na platformie pozyskać środki finansowe do wysokości 1 mln euro (ca. 4,2 mln PLN), tj. zbliżonej do takiej, którą mógłby uzyskać na giełdowym New Connect.

Naturalną konsekwencją powyższych działań będzie prawdopodobnie to, że platformy crowdfundingowe będą w coraz większym stopniu poddane reżymowi ich przekształcania się w „regularne” domy maklerskie – z alternatywą „albo się doczepicie do giełdy albo was wcale nie będzie.” W dalszej perspektywie będzie można spodziewać się również redukcji crowdfundingu znowu do obszaru zbierania środków finansowych na zagospodarowywanie nieużytków miejskich pod parki jordanowskie, chyba że te tereny znajdą się w zainteresowaniu jakiegoś dewelopera bądź korporacji budującej biurowce. Wówczas to stanie się to donkiszoterią i walką z bankiem finansującym dewelopera bądź taką korporacją lub jakimś domem maklerskim będącym agentem emisji obligacji korporacyjnych dedykowanych takiemu projektowi.

P.S. Analizę tą napisałem w kilka dni, obserwując rozwój sytuacji od jakiegoś czasu. Wszystko to zgodne z…

Właśnie, przed czym mogę ostrzec, to zrobiłem to tym tekstem.

Marcin Daniecki
Marcin Daniecki