Infantylne przemyślenia o lokatach i giełdzie

Obecnie oprocentowanie lokat jest bardzo niskie. Wręcz fatalnie niskie. W zasadzie nie opłaca się przynosić pieniędzy do banku. Chyba, że ktoś ma ich bardzo dużo i naprawdę nie ma pomysłu na to co z nimi zrobić, np. boi się giełdy a nowego interesu nie będzie otwierać, bo… po co? Tymczasem banki z uporem maniaka reklamują produkty finansowe, na których można w najlepszy wypadku zarobić kilkadziesiąt złotych.

10 tys. zł na rocznej lokacie obecnie w najlepszym przypadku przyniesie 243 zł zysku. Myli się ten, kto sądzi, że uda mu się tyle zarobić po prostu przynosząc pieniądze do banku. Trzeba jeszcze założyć konto, trzymać na nim określoną kwotę i regularnie płacić kartą. W zasadzie jak się to wszystko dobrze podliczy to czystego zysku będzie może 100 zł bo wszystkie bonusy zeżrą opłaty w koncie, za kartę, dodatkowe ubezpieczenia, etc.

Scena z filmu „Ziemia Obiecana”

Zapamiętać: „deszcz protestowanych weksli”; „- Dla mądrych to jest zawsze czas. – Kiedy będzie dla uczciwych? – Niech Pan tak nie mówi Panie Trawiński, oni mają Niebo, po co im dobre czasy?”

Oszczędności Kowalskiego

Polacy mają bardzo mało oszczędności, połowa nie ma nawet odłożonego 1 tys. zł na tzw. „czarną godzinę”. W teorii gospodarstwa domowe mają 1,1 bln zł (NBP) oszczędności, 600 mln głównie na kontach i lokatach, ale nie w rozumieniu Kowalskiego – bo czy pod względem psychologicznym środki w OFE można traktować jako prywatne oszczędności gospodarstw domowych? Ekspert powie, że to oszczędności długoterminowe, co należy traktować jako żart bo parafrazując klasyka w długim terminie całe OFE jest w ZUS-ie. Nikt normalny nie powinien traktować obowiązkowych i pobieranych przez państwo polskie składek jako prywatnych środków (co w zasadzie potwierdził TK w wyroku w sprawie OFE).

Kasa z pensji na koncie, którą w ciągu najbliższych tygodni wydamy na bieżące wydatki to też nie są oszczędności w rozumieniu Kowalskiego. Będą nimi policzalne nadwyżki, których nie musimy wydać na konsumpcję zgromadzone na lokatach, gotówka w skarpecie, papiery wartościowe (w tym udziały w funduszach) – te ostatnie można podzielić na krótko i długoterminowe. Oszczędności na nowe auto, mieszkanie dla dziecka lub środki zgromadzone tylko po to, by nigdy ich nie wydać.

GPW? Kierunek Budapeszt

Przeciętny Polak ma w banku ok. 15 tys. zł. Połowa polskich oszczędności należy do 10% najbogatszych Polaków (BGŻ OPTIMA). Posiadanie oszczędności o większej wartości niż 10 tys. zł (np. cenne przedmioty, działka po babci) w teorii ma co trzecie gospodarstwo domowe (CBOS). Tyle w skrócie.

80 zł na lokacie: „Hawajska dla wszystkich”.

Słowem, przeciętnie mamy mało a z uwagi na niskie oprocentowanie lokat nie ma co liczyć na to, że „kapitał sam się powiększy”. Z różnych rankingów wynika, że zakładając lokatę o wartości 10 tys. zł na 3 miesiące możemy zarobić – uwaga, uwaga – 80 zł! Ja bym to tłumaczył tak: oddaj bankowi ponad 4 pensje (mediana wynagrodzeń to 2359 zł netto) na trzy miesiące a po tym okresie zafundujesz sobie dwie pizzy hawajskie na wynos i colę (lub zestaw sushi). W sumie czemu nie zrobić takiej promocji w banku? Zamiast wypłaty zysku po trzech miesiącach prześlemy ci pizzę na wskazany adres.

Można odwrócić sytuację. Bank pożyczając 10 tys. zł (z waszej lokaty) na 3 miesiące w sumie zarobi ponad 500 zł. Czy jak idziecie do banku i zakładacie lokatę to prosicie bank by wykupił u Was obowiązkowe ubezpieczenie? Czy pobieracie prowizję za założenie lokaty? Hmm… nie. To jest istota bankowości – tanio przyjąć, drogo sprzedać.

Odczuwalny zysk na lokacie osiągnie się tylko wtedy gdy mamy naprawdę duże oszczędności. Próżno szukać rankingu lokat 12M na kwotę 100 tys. zł. W teorii po roku nasz kapitał zwiększyłby się o 2,1 tys. zł. Nie jest to rewelacja, ale jak ktoś nie umie grać na giełdzie, nie ma pomysłu na biznes lub inną inwestycję to lepsze to niż nic.

FunDuszki

Oczywiście w takich sytuacjach zlatują się sępy i zaczynają zachęcać do inwestycji długoterminowych, np. w funduszach. W mojej opinii gdy przychodzi do Was syn sąsiada i zachęca do inwestycji w fundusze to znaczy, że ma Was za frajerów – kompletny brak szacunku. Tak, są Fundusze i „funDuszki”. Do tych pierwszych, przeciętny Kowalski nie powinien przychodzić bez prawnika a do tych drugich bez eksperta z UOKiK-u. Jak je rozróżnić? Jeśli kasjer w kasie w banku zachęcają do inwestycji w fundusze tzn., że realizuje plan sprzedażowy. Jeśli dzwoni do nas syn sąsiada, który od czasu do czasu odpowiada na nasze „dzień dobry” to znaczy, że on jeszcze nie wie, że jest wykorzystywany. Jeśli wchodząc na ulubioną witrynę z obrazkami widzimy reklamę 100 letniej firmy finansowej to znaczy, że musimy wyczyścić ciasteczka. Dobry fundusz nie będzie nas nachalnie zapraszał, bo ludzie sami do niego przynoszą pieniądze.

TFI znikną z rynku?

Uważałbym na tych, którzy obiecują złote góry i zysk znacznie większy niż u innych. I najważniejsze – znane twarze nie gwarantują sukcesu finansowego. Państwo myślicie, że zaangażowanie znanego aktora (lub analityka tak naprawdę będącego aktorem) gwarantuje obniżenie ryzyka? Nigdy nie rozumiałem magii tego mechanizmu – aktor, znana twarz w kolorowej reklamie (plus informacja w bulwarówce o tym ile ktoś zarobił na danej reklamie, co też jest reklamą!) i tłumy pędzą założyć/przenieść rachunek, zdeponować oszczędności życia.

A przecież na chłopski rozum wystarczy się zastanowić. Jak uczciwa wobec klientów będzie instytucja finansowa, która w prostej reklamie konta przedstawia Warszawę tak, że człowiekowi wydaje się, że to Nowy Jork? Jeśli pierwszy komunikat zakłamuje rzeczywistość to jaki będzie ostatni – już po podpisaniu umowy?

A co z giełdą?

Nie inwestowałbym dzisiaj pieniędzy, których nie mógłbym stracić. Ponadto nie jest to rynek dla ludzi o słabych nerwach. Człowiek ogląda sobie Wiadomości z ulubionymi politykami, pośmieje się z niedorzeczności i niekompetencji a rano traci 5% (i już śmiesznie nie jest). I tak 30 razy w roku, a w wyborczym to nawet 50 razy. Jeśli nie znasz się na spółkach, nie śledzisz danych i liczysz na szybki zysk to raczej na pewno stracisz. Z kolei inwestycje w czempiony na ten moment są po prostu ryzykowne, bo nie wiadomo gdzie jest dno. Niektórzy eksperci mówią, że np. KGHM już je osiągną i to jest czas zakupów. Tak ćwierkają dwa razy dziennie tylko ci, którzy tych akcji nigdy by nie kupili.

Laik nie powinien teraz nawet myśleć o giełdzie a jeśli już to tylko z nastawieniem, że idzie po dywidendę (na czym też można się zwieść). Na razie giełdę zostawiłbym profesjonalistom – zaręczam, że oni też nie wiedzą co robić.

MonkeyWallet Piechowiak

Opis:MonkeyWallet” Łukasz Piechowiak

Podejrzewam, że większość właśnie chciałaby kupować, zapominać i zarabiać (jak obiecują niektórzy). Jeśli tak to można zapomnieć o zyskach. Dla przykładu podam, że w zeszłym roku w lutym mój wirtualny portfel w Bankier.pl wart był 18 tys. zł a dzisiaj już tylko 13,5 tys. zł*. Przez rok dokonałem tylko kilka chaotycznych operacji, głównie celując w spółki SP, w tym dwa złote strzały w drobnicę. W maju portfel wart był 21 tys. zł, potem znowu strata, ale do października odbiło do 18,1 tys. zł. Po wyborach zwała i zarzuciłem projekt. Pewnie straciłbym mniej gdybym częściej tam zaglądał.

Wniosek: lokaty są żenujące, giełda wymaga zaangażowania i niestety jest bardzo ryzykowna. Co zatem zrobić? Może lepiej faktycznie dokupić trochę ziemi obok tej działki „po babci”.

*fajna zabawa, polecam założyć konto w Bankier.pl.

Zapraszam do dyskusji.

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak