Tak, boję się o banki w Polsce

My może i nawet słyszymy, że gdzieś dzwoni, ale nie mamy pojęcia, w którym kościele…

Ostatnimi czasy debata o systemie finansowym w Polsce kręci się wokół tematu podatku od aktywów tudzież pomysłow na przewalutowanie kredytów zaciągniętych we frankach szwajcarskich. I pewnie byłyby to istotne kwestie dla systemu bankowego w Polsce, gdyby nie to, że niewykluczone, że zbliża się do nas wielkie tsunami, przy którym parę miliardów złotych w jedną czy drugą stronę nie będzie miało zbyt dużego znaczenia. O czym mówię? Ano o coraz bardziej widocznych problemach ze światową polityką pieniężną. I to nie dlatego, że stopa inflacji w jednym czy drugim kraju znajduje się poniżej celu, ale ponieważ doszliśmy do sytuacji w której różnego rodzaju niestandardowe polityki pieniężne nie mają już żadnego pozytywnego wpływu na gospodarkę, ale za to zaczynają odbijać się czkawką w systemie finansowym.

Po krótce przedstawię tutaj skalę problemu (dla bardziej zainteresowanych polecam serię felietonów Izy Kamińskiej z FT Alphaville pt. Death of Banks). Otóż na początku stosowania polityki luzowania ilościowego (czyli quantitative easing), jednym z głównych beneficjentów były banki. Krzywe dochodowości były na tyle strome, żeby zapewnić stały (i dość spory!) zysk, a wzrost cen aktywów finansowych sprawiał, że poprawiała się percepcja jakości portfela kredytowego. Ale im dalej zapędzaliśmy się w „drukowanie” pieniędzy, tym bardziej zysk z tak zwanej marży odsetkowej znikał. Jednocześnie regulatorzy skutecznie torpedowali zapędy banków w działalności inwestycyjnej, które przed kryzysem były głównym motorem napędowym zysków sektora. Ale jeszcze nie było aż tak najgorzej… przynajmniej do niedawna.

Otóż w ostatnim roku sytuacja zmieniła się diametralnie. Po pierwsze, problemy Chin sprawiły, że jakość portfela kredytowego w stosunku do chociażby przedsiębiorstw w branży surowcowej dramatycznie spadła. Posypały się obniżki ratingów (tak, a propos, pamiętacie Państwo mój tekst o ratingu sprzed kilku tygodni? Na rynku obligacji skarbowych nie ma już po owej obniżce śladu…) i trzeba było tworzyć większe rezerwy. Ale to jeszcze nic. Pojawiła się nowa siła, której siłę rażenia można przyrównać do Gwiazdy Śmierci z Gwiezdnych Wojen… ujemne stopy procentowe.

Ujemne stopy procentowe to jest zbiorowe morderstwo banków. Banki przecież nie mogą sobie pozwolić na ujemne stawki depozytów. Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu z byłym prezesem szwajcarskiego banku centralnego Philippem Hildebrandem (tak, to ten „zwyrodnialec” od uwolnienia kursu franka rok temu), który mówił, że Szwajcarzy bardzo obawiają się sytuacji, w której ludzie wycofają gotówkę z banków gdyby te zaczęły pobierać oprocentowanie od depozytów. Jednocześnie jednak banki otrzymują coraz mniejsze przychody od udzielonych już kredytów i pożyczek. A to wszystko w warunkach utrzymującego się na świecie bardzo niskiego wzrostu gospodarczego. Jak dodamy do tego potencjalne straty wywołane stale pogarszającą się sytuacją na rynkach rozwijających się to mamy do czynienia z koktajlem wybuchowym nie widzianym od dekady.

Nic więc dziwnego, że ceny akcji banków spadają, a koszty ubezpieczenia ich długu (czyli CDS) szybują. Wiodą w tym prym banki europejskie, a także te, które mają ekspozycję na rynki rozwijające się. Ze świecą szukać dużego międzynarodowego banku, którego współczynnik cena/wartość księgowa był większy od jedności, a za to zdarzają się takie, które mogą się „poszczycić” nim na poziomie 0,3-0,4. Proszę sobie też spojrzeć na ostatnie wyniki banków takich jak Deutsche Bank albo Credit Suisse, tudzież wyceny HSBC, Barclaysa czy Unicredit. Co ciekawe, gdy w zeszłym miesiącu prezes Banku Japonii zaszokował rynek obniżając stopy procentowe do ujemnego poziomu, to właśnie ceny akcji banków zostały na tokijskiej giełdzie zmasakrowane (można sobie o tym przeczytać w tekście Macro Man). Podobnie było w Europie odkąd Mario Draghi zapowiedział dalsze działania, czyli dalsze obniżki stóp poniżej zera.

Co to ma wspólnego z Polską? Ano duża część sektora należy do zagranicznych grup i nie ma się co łudzić, że problemy banków matek nie dotkną ich córek w Polsce. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, słusznie lub niesłusznie, bardzo negatywną opinię światowej finansjery na temat ostatnich zmian w polityce gospodarczej. Moim zdaniem debata, która toczy się w Polsce na temat banków ma wszelkie znamiona tego, że my słyszymy, że gdzieś dzwoni, ale nie mamy pojęcia, w którym kościele.

Myszon Niemożliwy
Myszon Niemożliwy