1,6 tys. zł na rękę – przeciętna w polskiej mikrofirmie

Plan Morawieckiego zakłada, że Polska przestanie być państwem „niskich płac”. Same inwestycje tutaj nie wystarczą. W Polsce mamy 1,8 mln firm zatrudniających do 9. pracowników. Ich średni dochód miesięczny wynosi niecałe 5 tys. zł netto. Z kolei swoim pracownikom płacą oficjalnie przeciętnie 1,65 tys. zł na rękę. Nawet bilion złotych inwestycji w gospodarkę nie pomoże jeśli nie dojdzie do poważnych zmian w prawie i… mentalności.

W 1,8 mln mikrofirm w Polsce pracuje w sumie 3,5 mln ludzi. Prawie 2 mln stanowią właściciele i pomagający nieodpłatnie członkowie ich rodzin. 1,5 mln pracuje na podstawie umowy o pracę. Średnia płaca w tych firmach wynosi 1,65 tys. zł miesięcznie. Mediana – 1,4 tys. zł miesięcznie. Najwięcej zarabia się w sektorze informacja i komunikacja – przeciętnie 2,4 tys. zł miesięcznie. Najmniej w gastronomii i zakwaterowaniu – 1,6 tys. zł netto.

Wskaźnik kosztów w mikrofirmach wynosi blisko 90%. Przychody łącznie wynoszą ponad 880 mld zł, koszty – 775 mld zł. Na wynagrodzenia idą 32 mld zł.

To jednak nie ma znaczenia, bo to tylko oficjalne statystyki. Nie trzeba być ekonomistą by wiedzieć, że w Polsce oficjalne dane często rozjeżdżają się z rzeczywistością – w szczególności te dotyczące mikroprzedsiębiorstw. Jak to możliwe, że oficjalne zarobki w mikrofirmach są prawie dwukrotnie niższe od przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej?

Ano dlatego, że wypłacanie części pensji „pod stołem” jest w małych firmach powszechną praktyką. Naturalnie, nie oznacza to, że wynagrodzenia w mikro są chociażby zbliżone do przeciętnego w sektorze przedsiębiorstw zatrudniającego powyżej 9. pracowników, ale na pewno są wyższe niż średnio 1,6 tys. zł miesięcznie. Dlaczego w mikro (i nie tylko tam) wypłaca się kasę pod stołem? Odpowiedź jest dosyć prosta – bo składki ZUS są za wysokie. Jeśli zatrudnisz kogoś za pensję minimalną wynoszącą 1850 zł brutto, to musisz zabezpieczyć na jego wynagrodzenie 2240 zł. Zainteresowany dostanie na rękę 1355 zł.

Mało. Ciężko znaleźć solidnego pracownika za takie pieniądze i nie ma w tym nic dziwnego. Ludzie pracują takie wynagrodzenia. Ja też kiedyś zarabiałem mniej. Naturalnie solidny pracownik nie chce pracować za takie ochłapy dłużej niż to konieczne więc pracodawca musi mu dać coś więcej. Powiedzmy, że 1,3 tys. zł na umowie i 700 zł pod stołem. Już lepiej. Łączny koszt pracodawcy – 2,9 tys. miesięcznie wobec 3346 zł gdyby zatrudnił go całkowicie legalnie. Różnica to 450 zł, czyli prawie 10% średniego dochodu netto przeciętnego polskiego przedsiębiorcy. Innymi słowy, to dużo.

Na durnym sposobie pobierania obciążeń od wynagrodzeń tracimy wszyscy z państwem polskim na czele

41% wynagrodzenia trafia do ZUS-u, urzędów skarbowych i NFZ-u. Sam sposób obliczania pensji jest tak skomplikowany, że 90% tego nie potrafi zrobić, tzn. obliczyć ile wynosi ich pensja brutto gdy znają kwotę netto i odwrotnie. O całkowitym koszcie pracodawcy mało kto słyszał, bo składki iluzorycznie dzielone są na te, które płaci pracownik i na te płacone przez pracodawców, co jest oczywistą bzdurą, bo płatnikiem w każdym wypadku jest ten ostatni.

Z kolei w mediach trwa dyskusja o podniesieniu kwoty wolnej od podatku z 3 tys. do 8 tys. a najlepsze w tym wszystkim jest to, że zaliczka na podatek dochodowy stanowi maks. 16% wszystkich obciążeń zawartych w wynagrodzeniu. Tak! Zajmujemy się kompletnie nie istotnym składnikiem wynagrodzenia pomijając m.in. Fundusz Pracy, który od lat marnotrawi kasę na bezsensowne szkolenia bezrobotnych oraz Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, o którym można napisać tylko źle. Ponadto ma ponad 3 mld zł nadwyżki więc nie wiem po co zbiera kasę ze składek – żeby to wykorzystać w ciągu roku to należnej pensji musiano by nie wypłacić 700 tys. przeciętnych Polaków. Do tego dochodzi PROCENTOWA SKŁADKA ZDROWOTNA!

Podniesienie kwoty wolnej do 8 tys. zł rocznie spowoduje, że nasze wynagrodzenia przeciętnie wzrosną o 74 zł miesięcznie (18 euro)

To jest śmiech na sali, odwrócenie tematu. Twierdzenie, że państwa nie stać na to, by o tyle podnieść płacę Polaków stawia nas jako państwo w wyjątkowo durnowatym położeniu.

Powracając do tematu wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach – skoro szacunkowo 30% kasy na wynagrodzenia znajduje się w szarej strefie to może czas najwyższy – zamiast podwyższać składki i zwiększać kontrole – zaproponować firmom np. zryczałtowany ZUS od każdego zatrudnionego pracownika, np. 700 zł od głowy miesięcznie (ZUS pracodawcy o 1,1 tys. zł miesięcznie). Wszystko co zarobią ponad to jest ich pod jednym warunkiem – każda zarobiona złotówka będzie wykazana na papierze. Ciekawe jak wówczas kształtowałyby się wydatki 500+ na pierwsze dziecko? Podejrzewam, że byłyby dużo mniejsze. Coś mi podpowiada, że efekt takiego postawienia spraw byłby bardzo pozytywny. Polacy chcą uczciwości, nie chcą ukrywać się w szarej strefie.

O pracownika byłoby łatwiej, skończyłby się problem umów śmieciowych, kontrole byłyby prostsze a co najważniejsze – w końcu wiedzielibyśmy dokładnie jak wygląda rzeczywistość, bo dane statystyczne nie śmierdziałyby szarą strefą na odległość. Oczywiście dochody do budżetu w pierwszych latach byłyby mniejsze niż obecnie, dlatego taka operacja wymagałaby od ustawodawcy cięcia wydatków budżetowych (a jest tego sporo). Można też użyć politycznego argumentu, że takie działanie napędziłoby wzrost konsumpcji do tego stopnia, że większość kasy i tak trafiłaby z powrotem do budżetu w ramach VAT i akcyzy. Pocieszenie jest też takie, że 500+ nie byłoby wtedy potrzebne:) Tylko byłoby wtedy ciężej przekupić wyborców.

 

 

 

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak