500+ W tym szaleństwie jest metoda?

500+ w dużej części finansowany będzie z deficytu budżetowego, czyli długu jaki państwo zaciąga na rynkach finansowych. Pieniądze trafią do rodzin, między innymi tych, które swoje domowe budżety finansują kredytami i pożyczkami. Różnica zasadnicza polega na tym, że państwo za swój dług płaci 2,5%, a gospodarstwa domowe 20-75%.

Państwo zadłuża się w imieniu swoich obywateli, bo ma lepszą zdolność kredytową, lepszą wiarygodność i robi to hurtowo, więc uzyskuje niższą cenę pieniądza. Z tego punktu widzenia 500+ dla gospodarstw domowych wydaje się racjonalne, ale pod jednym warunkiem: że dodatkowy transfer do budżetów domowych ograniczy zadłużenie bankowe i pozabankowe gospodarstw domowych.

Niestety, nie spodziewajmy się tego, bo potrzeby podmiotu gospodarczego jakim jest rodzina, są nieograniczone. Płonne są zatem nadzieje, że 500+ wyprowadzi na finansową prostą zadłużone gospodarstwa domowe i zagrozi koniunkturze w consumer finance. Tutaj panuje zasada , że konsument bierze tyle, ile zgodzi się mu przyznać pożyczkodawca. Czyli z punktu widzenia racjonalnego budżetowania, statystyczne gospodarstwo domowe zachowuje się całkowicie nieodpowiedzialnie.

Skoro tak, to nietrudno wyobrazić sobie, że 500+ zostanie po prostu w całości przeznaczone na bieżącą konsumpcję. Czy to jednak oznacza, że program nie przyniesie efektu demograficznego? Zwolennicy wierzą, że zadziała efekt psychologiczny, że 500+ będzie impulsem, który przekona potencjalnych rodziców: „wasze dzieci są ważne dla państwa, dowodem na to jest to, że jesteśmy nawet gotowi płacić 500 zł za każde następne”. Bo tak naprawdę powinno chodzić, nie o skromny transfer pieniężny, a o wytworzenie u młodych poczucia bezpieczeństwa, że zakładając rodzinę nie zostaną na lodzie. W tym sensie 500+ to pierwszy tak jasny sygnał od rządzących, że dzieci są ważne.

Państwo dla rodzin zapewnia już (wyliczanka sponsorowana przez PO): dopłaty w programie „Mieszkanie dla młodych”, 1000 zł na dziecko przez rok dla osób na śmieciówkach, studentów, bezrobotnych i rolników, płatny – roczny urlop rodzicielski, dofinansowanie zatrudnienia niań, wsparcie państwa dla powstawania żłobków i przedszkoli, zajęcia pozagodzinowe w przedszkolach za złotówkę, darmowe podręczniki dla dzieci, zniżki z karty dużej rodziny i ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych. Ale 500+ jest pierwszym tak spektakularnym programem wsparcia, bo o ile poprzednie można przeoczyć, to żaden wyborca nie przeoczy dodatkowych 5 stów na rachunku co miesiąc.

Jasne, każde 500+ finalnie będzie kosztowało 700, a może nawet i więcej. I oczywiście rację mają posłowie Ruchu Kukiza, powołując się na Friedmana i tłumacząc że bardziej efektywnym byłoby obniżenie klina opodatkowania pracy. Ale na pewno byłoby mniej efektowne. Poza tym partia rządząca sympatyzuje chyba z Keynesizmem i etatyzmem, więc argumenty wolnościowe i odwołujące się do rachunku ekonomicznego trafią do niej, jak groch do ściany.

Ostatnio na Twiterze popularna była sonda: czy lepiej – nie robić nic przez 8 lat, czy może robić głupoty. Większość głosowała za tym, żeby nie robić nic. Moim zdaniem, gdy jesteśmy w pozycji wagonika pędzącego ku przepaści, a tak rysuje się krzywa demograficzna, lepiej próbować robić cokolwiek, nawet głupoty, niż czekać z założonymi rękami. A że kupowanie głosów wyborców, zadłużanie się na koszt następnych pokoleń, można to zrobić taniej, efektywniej – prawda – tylko jakoś dotychczas, nikt tego nawet nie próbował zrobić.

Jarosław Ryba
Jarosław Ryba