Pjongczang – igrzyska zabawy w kotka i myszkę

Terroryzm w Pjongczang czai się w powietrzu i jest wielkości dysku do frisbee. Z tej perspektywy dziesiątki tysięcy policjantów, wydeptujących śnieg podczas igrzysk, dają jedynie ułudę bezpieczeństwa. Dlatego Koreańczycy na technologię ochrony przed zagrożeniami, m.in. ze strony dronów, wydali już grube miliony dolarów.

Security personnel stand guard at the PyeongChang Olympic Plaza ahead of the opening ceremony for the 2018 PyeongChang Winter Olympic Games in the Hoenggye-ri village area of Pyeongchang, Gangwon Province, South Korea, on Friday, Feb. 9, 2018. South Korea will host the games this week in the alpine resort town of Pyeongchang with 2,925 registered athletes -- the largest number ever at an Olympic Winter Games -- from 92 national committees. Photographer: Jean Chung/Bloomberg

60 tysięcy osób -igrzyska olimpijskie już od dekad przyciągają masy Jednak Pjongczang nie ma sobie równych – te 60 tysięcy to nie frekwencja spodziewana na wydarzeniach sportowych. Aż tyle głów liczy sobie armia ludzi, zapewniająca bezpieczeństwo uczestnikom igrzysk. Większość ochroniarzy stanowią wyszkoleni policjanci, agenci i wojskowi. Według szacunków CNN, rachunek za zorganizowanie igrzysk w Pjongczang wyniesie ponad 10 mld USD, z czego lwią część pochłoną wydatki na ochronę w trakcie zmagań sportowców. Co do powagi sytuacji nikt nie ma wątpliwości – największa impreza masowa tego roku odbywa się zaledwie 80 kilometrów od strefy oddzielającej koreańską Północ od Południa.

Jeszcze kilka lat temu masa 60 tysięcy ochroniarzy rozwiązałaby zapewne kwestię bezpieczeństwa podczas igrzysk. Wraz z rozwojem technologii pojawia się nowe wyzwanie i nie sprosta mu nawet i 100 tysięcy żołnierzy. To problem, który po raz pierwszy w tej skali zdefiniował obecne, jak i każde kolejne igrzyska oraz imprezy masowe. Słyszę o nim od niedawna, niemal codziennie i to na całym świecie, od przemysłowców przez organizatorów lig sportowych po dyrektorów więzień. W ich ocenie, obecnie największe niebezpieczeństwo podczas imprez masowych – nie stąpa po ziemi, nie da się go po prostu zadeptać masą ochroniarzy. Niebezpieczeństwo unosi się w powietrzu – Koreańczycy z Południa też zdają sobie z tego doskonale sprawę. Niebezpieczeństwo to drony.

To właśnie drony – obok cyberataku – wymieniane są jako największe potencjalne ryzyko i punkt zapalny, po którym olimpijska idylla może się zamienić w terrorystyczny koszmar. Obecnie zaawansowane technologicznie drony z łatwością mogą przenosić ładunki wybuchowe i materiały chemiczne na odległości liczone w dziesiątkach kilometrów. Z racji ich niewielkich rozmiarów i niskiego pułap lotu – klasyczne radary są wobec nich bezradne. Wywiad z kraju gospodarza zimowych igrzysk już w zeszłym roku oceniał, że Północ zbudowała eskadrę około 800‑1000 dronów, mogących przenosić spore ładunki na znaczne odległości. Odpowiedź organizatorów igrzysk jest zdecydowana: wydali oni dziesiątki milionów dolarów na budowę systemu mającego sprawić, że no-fly zone obowiązująca nad Pjongczang i okolicą, nie będzie tylko zestawem pustych haseł i pobożnych życzeń. Jednocześnie szefowie koreańskiego komitetu olimpijskiego przekonują, że tego typu systemy nie są już gadżetem czy przesadną zapobiegliwością. Stały się nowym standardem bezpieczeństwa. Pytanie, na ile doskonałym.

Co zatem w drodze do doskonałości zrobili zapobiegliwi Koreańczycy? Zbudowali całą machinę, chciałoby się rzec – wojenną. Już w początkach 2017 r., drogą zabiegów dyplomatycznych, ściągnęli na stałe do kraju grupę dronów bojowych, zarządzanych przez amerykańską armię. Do tego sami stworzyli eskadrę dronów do zadań specjalnych i długo przed igrzyskami wynegocjowali z największymi producentami dronów na świecie, np. z DJI, utworzenie no-fly zones w Pjongczang dla tychże urządzeń. Tu zasada działania jest prosta – oprogramowanie drona nie pozwoli posłać go nad teren objęty wykluczeniem przez producenta. OK – to być może rozwiązuje zagadnienie kibiców i ich dronowych wybryków. Jednak nie wyklucza ryzyka profesjonalnego ataku terrorystycznego z powietrza. Stąd potrzeba m.in. budowy sieci specjalnych radarów, monitorujących przestrzeń powietrzną nad arenami igrzysk.

Sieć radarów uzupełniają setki dronów, komunikujących się między sobą a zawieszonych na olimpijskim niebie. Wyposażone są w kamery HD i termowizyjne. „Dobre” drony mają chronić przed tymi „złymi”. Nad tym stadem będzie latać bezzałogowy samolot taktyczny, pełen kolejnych zestawów kamer i czujników. W ekstremalnych przypadkach do akcji znów wkraczają drony, wyposażone w sieci wyłapujące latające intruza. Ten ostatni powinien być jednak wcześniej unieruchomiony przez ochroniarza wyposażonego w tzw. jammer gun – urządzenie przypominające duży karabin a wysyłające fale zakłócające łączność drona z jego właścicielem. Bez wycelowanego jammera, łapanie drona w siatkę to zabawa w kotka i myszkę – wiedzą o tym Rosjanie, którzy na Kremlu do wyłapywania dronów szkolą… sokoły. Organizatorzy igrzysk zapewniają, że mają lepsze rozwiązanie – przeszkolonych żołnierzy z jednostek specjalnych, zestrzeliwujących intruza. Sporo zachodu jak na drony, prawda? Dlatego idę o zakład, że następne igrzyska, te letnie, w Tokio, będą czasem antydronowego przełomu. Złotym standardem staną się systemy radarowe automatycznie wykrywające i unieszkodliwiające latające niebezpieczeństwo. Bez strzelających „specjalsów” ze SWAT, bez siatek i bez sokołów.

dr Maciej Klemm