Mi tam Almy żal. A Pawłowi nie

Od kilkunastu dni rytuał się powtarza: upadku Almy domaga się m.in. dostawca sałaty, banki wypowiadają kredyty, spółka obniża i tak nie najlepsze prognozy. Właściciel sieci delikatesów nie płaci za wynajem hal, więc wkrótce straci kilka cennych lokalizacji m.in. w Warszawie. Na sklepowych półkach przybywa co najwyżej pajęczyn. Jednocześnie jednak spółka daje znaki, że zamierza walczyć o drugie życie, m.in. poprzez pozyskanie inwestora.

Może to zabrzmi brutalnie, ale dla mnie Almy, mojego przez lata ulubionego miejsca na sobotnie (jak Bóg przykazał!) zakupy – już nie ma. Po prostu nie ma tam czego kupować. Piszę to z pozycji prostego konsumenta, nie wdając się w polemikę co do finansowych aktywów i przyszłych sanacyjnych potencjałów delikatesowej spółki. Tak jak przeciętny Polak niespecjalnie zauważył problemy Paradise Group Jerzego Mazgaja, spółki sprzedającej luksusowe marki i produkty w Polsce, tak problemy Almy stały się elementem dyskusji pod niejedną strzechą. Lekko licząc, rocznie do sieci mającej nawet 1 mld obrotów rocznie, chadzało przygodnie ponad pół miliona Polaków. Teraz zostaliśmy sierotami. Chwilowymi.

Oczywiście, rynek zawsze ma rację i konsumenci w swej masie zagłosowali nogami i portfelami..Co nie znaczy, że te setki tysięcy kupujących w Almie ot tak prostu, bez ukłucia w sercu poszło na łowy do Auchan, Lidla czy Biedronki. Bo choć można naśmiewać się z Almy, z jej drogiej mąki, wody czy wędlin, jej prób naginania cen tak, by zmieścić się w najniższych stawkach przy badaniach koszyków cenowych popularnych portali, to nie można zaprzeczyć, że po prostu to miejsce dało się lubić. Nie chodzi tu wcale tylko o zniżkę na kartę dużej rodziny, o ładne regały, czyste wózki, o te cukierki spod Bolonii, kiełbasę z Tarnowa z logo Krakowskiego Kredensu, pischingera, TE hiszpańskie sardynki, belgijskie fondue i ziarnistą kawę z Kolumbii oraz dziesiątki produktów wcale nie tanich ale zarazem trudnych do zdobycia nawet w internetowych sklepach. Tu były też lokalne marzenia i ambicje: w tym wypadku chodzi o Jerzego Mazgaja, który – nieraz wbrew wszystkiemu – wierzył, że nad Wisłą jest miejsce na coś więcej niż kopię zachodnich sieci i wojnę cenową na poziomie kilku groszy w dół za kilogram cukru. Oczywiście, biję się w piersi – facet tęskniący za fińską owsianką ma zapewne nieco nierówno pod sufitem. Na teraz sieroty po Almie mają dwa sposoby, by dalej pielęgnować swoją zakupową aberrację. Pierwsza: zakupy internetowe. Druga: Piotr i Paweł.

To właśnie Piotr i Paweł, ostatnia polska sieć handlowa typu premium, ma szansę stać się największym wygranym w czasach almowych turbulencji. Sieć należąca do rodzinnego klanu Wosiów po cichu ostrzy sobie zęby na przejęcie najlepszych lokalizacji i klienteli po Almie. Kilka dobrych lat temu Wosiowie w swej strategii poczynili ruch, który prawdopodobnie ocalił ich od podzielenia losu Almy – zeszli z kolizyjnego kursu walki o prymat wśród delikatesów, obwołując się z dnia na dzień supermarketami a zarazem nie rezygnując z ambicji sprzedaży asortymentu premium. Dziś stają przed wielką szansą na szybkie rozbudowanie sieci marketów. To pociąga za sobą duże inwestycje, większe ryzyko i zapowiedź jeszcze mocniejszej kolizji z liderami w segmencie supermarketów. Czy Wosiowie na dłuższą metę spełnią nadzieję amatorów hiszpańskich sardynek? Na teraz, gdy wizyta w jakimkolwiek sklepie Almy zamienia się w melancholijny spacer wśród pustych półek, Piotr i Paweł jest na fali. Tym bardziej, że owsiankę od braci Finów już ma. I to tańszą.

Karol Jedliński
Karol Jedliński