All-inclusive psuje Grecję

Mieszkała w Austrii, Niemczech, teraz na stałe jest w Polsce, skąd dość często odwiedza Grecję. Żona Greka, szczerze zakochana w jego ojczyźnie. O polskim spojrzeniu na grecką rzeczywistość w czasie pobytu na Cykladach rozmawiałam z Gosią Vafidis, żoną znanego polskim telewidzom Teo, która prowadzi biuro podróży i importuje do Warszawy oryginalną grecką żywność.

All-inclusive psuje Grecję

Gosiu, jak na moje oko, wycieczki do Grecji są dziś w biurach podróży droższe, niż kilka lat temu. Skąd te podwyżki?

Moim zdaniem powodem jest drożejący transport. Ceny w greckich hotelach i restauracjach, tak na wyspach, jak i na lądzie, przez ostatnie 3 lata poszły natomiast w dół.

O ile?

Przykładowo kawę, za którą płaciłam 2 euro, teraz mam za 1,5 euro.

Takich okazji trzeba szukać czy obniżki były dość powszechne?

To raczej standard. Jak sama pewnie widziałaś, ceny na statkach rejsowych są wcale nie wyższe, a czasami nawet niższe niż w centrum Aten. Co do jedzenia, uważam, że ceny w Grecji są dzisiaj na poziomie polskich, jeśli nie niższych niż nad polskim morzem. Co do hoteli, nie jestem pewna, ale ceny jedzenia na pewno zmalały, a większość ceny wycieczki stanowi dziś transport.

I nie ma różnicy, czy jadę sama, czy z biurem podróży?

Jest różnica. Podróżując na własną rękę, lecisz do Grecji regularnymi liniami. Duże biura podróży wykupują całe czartery.

Pomówmy o szczegółach. Jak się dzisiaj najwygodniej w sezonie dostać na wyspy greckie? Za jednym zamachem chyba się nie uda, prawda?

Jednym połączeniem się nie da. Uważam, że najfajniejsza opcja to taka, z jakiej ty skorzystałaś, czyli najpierw samolot do Aten, a później dalej na wyspy – albo samolotem, jeśli jest popołudniowe połączenie, albo statkiem.

Grecy chętnie podróżują tymi małymi samolotami pomiędzy wyspami. Cena musi więc być konkurencyjna wobec statku.

Ostatnio to sprawdzałam. Rejs statkiem z Aten do Naxos był tylko o 3-4 euro tańszy niż samolot. Na pewno droższe będą bilety na Santorini czy Mykonos. Jest tam więcej chętnych, a trzeba pamiętać, że są to małe samoloty, więc dostać w nich miejsce jest trudno.

Byłby to argument za obieraniem mniej popularnych (ale nie mniej urokliwych!) miejsc. Powinnam się spodziewać, że ceny hoteli i wyżywienia też będą tam niższe?

Myślę, że tak. Nie przytoczę dokładnych stawek, natomiast jestem więcej niż pewna, że za ten sam standard hotelu na mniejszej wyspie zapłacisz mniej niż na Krecie czy Rodos. Jedzenie będzie tańsze na sto procent.

Podziel się swoimi ulubionymi miejscami w Grecji.

O kurcze… A ile masz czasu? (śmiech)

A poważnie – biorąc pod uwagę to, że jestem z Warszawy, kocham Ateny. Nieważne, czy je Grecy zepsuli, ja je uwielbiam. Jeżeli chodzi o relaks, kocham Santorini, bo tego, co chłoniesz tam oczami, nie da się opisać. Chociaż nie jest to moje ulubione miejsce do leżenia na piasku, bo akurat plaże nie są tam najlepsze i nie ma ich tam najwięcej. Uwielbiam też wyspę Milos, bo jest kontrastowa i piękna. Nigdzie indziej nie widziałam takich księżycowych białych skał, urzeka też klimat wulkaniczny. Bardzo też lubię Korfu – to chyba najbardziej zielona wyspa Grecji.

Gdzie wobec tego opalać się w Grecji?

Najpiękniejsza plaża, jaką spotkałam, to dzika, trudna do znalezienia plaża na wyspie Tasos. Hawaje nie dorastały temu miejscu do pięt.

Sądzisz, że kwestie oszczędnościowe są dziś ważniejsze niż dawniej również dla samych Greków? Masz z nimi często kontakt chociażby jako żona Greka.

Na pewno bardziej dzisiaj oszczędzają. Widać to chociażby po tym, że zmieniają samochody. Właściciele pojazdów z silnikami o pojemności 2.0-3.0 teraz sięgają po auta w wersji przykład 1.2. A akurat w górzystej Grecji samochód w tej skromniejszej wersji powoduje, że czasami lepiej byłoby wysiąść i popchać go pod górę.

Kolejna sprawa – Grecy rzadziej wychodzą. Przykład – znajomi małżonka. Dawniej co drugi, trzeci dzień spotykali się z innymi w tawernie albo na tzw. ouzo przedobiadowym, albo na kolacji, dzisiaj robią to góra raz na tydzień.

I nie jest to przypadek odosobniony?

Nie. Niektórych zmuszają do tego trudności finansowe, inni – z ostrożności.

Życie Greków mieszkających na wyspach jest pod tym względem podobne czy inne wobec tego na kontynencie?

Na pewno jest inne. Opowiedziałam ci historię z miasta Seres, gdzie nie ma turystów. Turysta, który się tam znajdzie, prawdopodobnie zabłądził w drodze do Bułgarii. (śmiech) Natomiast na wyspach są turyści, wyspiarze prowadzą zupełnie inne życie. Oni po skończonej pracy nie idą do tawerny, bo są to ich tawerny, z których żyją.

Życie i jednych, i drugich mocno się zmieniło. Po pierwsze – nauczyli się kredytów.

No ja poznałam Greków w 1987 r. Oni wtedy masowo sprowadzali samochody z Niemiec i były to zakupy robione za gotówkę. Z czasem zaczęto ich namawiać, że zamiast pozbywać się oszczędności, lepiej wziąć kredyt. Dołączając do Unii, zobaczyli, że można mieć mieszkanie, nawet jeśli się na nie ma pieniędzy. Niektórzy mówią, że Grecy chętnie brali kredyty, bo chcieli czuć się Europejczykami.

Opowiadałaś mi też, że w Grecji do kosztów życia przeciętnej rodziny mocno dorzucało się państwo.

Tak. Kojarzę na przykład taki publiczny program wsparcia dla emerytów, żeby mogli poznać i zwiedzić Grecję. Raz do roku tygodniowy pobyt był w pełni opłacony. Podobny program dotyczył rodzin z dziećmi, tutaj koszty również pokrywało państwo.

Dzisiaj odbywa się też dużo szkoleń, ale są finansowane głównie ze środków unijnych. Jest to związane m.in. z przekwalifikowywaniem się i zmianą pracy. Zmusza do tego również najazd obcokrajowców pracujących za niższe stawki i na czarno.

Z których krajów najczęściej?

Filipiny. Filipinki wygryzły panie Greczynki, które pomagały w domach. W którymś momencie śmiano się, że bez Filipinki w domu niewiele znaczysz. Natomiast kiedy dowiedziałam się o cenach takich usług, stwierdziłam, że chciałabym takie dwie panie. Tylko co z nimi zrobić w Polsce. (śmiech).

Później rozpoczął się nalot Albańczyków, którzy – jak mi mówiono – godzili się pracować za jedną trzecią stawki, bez ubezpieczenia, wykonując najcięższą pracę w budowlance czy ogrodach. Automatycznie zajmowali miejsca pracy Grekom.

O jakich latach mówisz?

O roku 1993 i dalej. Wtedy Grecja zaczęła się zmieniać. Wtedy też Grecy nauczyli się zamykać drzwi i samochody na klucz. Wcześniej widziałam nawet auta otwarte na oścież. Ile lat ja męża uczyłam, że w Polsce nie zostawia się dokumentów na wierzchu i zamyka się drzwi od samochodów. Chowania radia już go nie mogłam nauczyć.

Mniej bezpieczne zrobiły się też Ateny. Kiedyś spokojnie pozwalałam synom chodzić wieczorem po ulicach, dziś już bym tego nie zrobiła.

A propos tych niebezpiecznych Aten – w czasie zamieszek byłaś w Polsce czy w Grecji?

Dwie mogłam przeżyć w Grecji – w Atenach.

Twoi greccy znajomi utożsamiali się z ówczesnymi manifestacjami?

Chociaż popierali samą ideę demonstracji, nikt nie był zwolennikiem dewastacji, jaka miała wtedy miejsce.

Cofnijmy się jeszcze trochę w czasie. Grecy cieszyli się, że przyjmują euro?

Tak.

Jakie mieli nadzieje?

Oczywiście, że będzie się żyło lepiej.

Pamiętam Twoje humorystyczne wspomnienia z początków obowiązywania nowej waluty.

No tak, Grecy musieli najpierw nauczyć się wydawać i zbierać pieniądze. Trąbiono o tym nawet w mediach, odwołując się przede wszystkim do starszych Greków. Problem polegał na tym, że Grek nigdy nie miał ze sobą bilonu.

Dlaczego?

Bo był tak mało warty, że często w ogóle nie wydawano go w kasie albo nie nosiło się go ze sobą. Kiedy przyszło euro, jedna moneta nagle zastąpiła kilka dotychczasowych banknotów. Trudno było się jednak przestawić i niektórzy nadal nie przejmowali się „drobnymi”. W telewizji i radiu namawiano sklepikarzy, żeby wydawali klientom resztę, bo dzisiaj pieniądz w tej samej formie ma o wiele większą wartość i nie przyjmując jej, można stracić pół emerytury.

Pachnie to trochę naiwnością. Ale częściej niż ją przypisuje się Grekom gościnność, otwartość, wesołość, uwielbienie dla zabawy. Uważasz, że kryzys zmienił to usposobienie?

Myślę, że dzisiaj bardziej niż kiedyś myślą o przyszłości. Wcześniej raczej płynęli z prądem rzeki i żyli bardziej na luzie.

Ich przyszłość zależy od turystów. Póki co, martwi mnie, że ci, z którymi rozmawiam, nie mają specjalnych pomysłów na przyszłość. Uważasz, że Grecja ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie, że jest jeszcze jakiś nieodkryty potencjał?                                                                                                                                                 

Tak, ale póki co Grecję psuje all-inclusive. Takie wymagania wobec biur podróży mają klienci. Korzystając z all-inclusive, nie poznajesz Grecji w ogóle. Może wyjdziesz wieczorem z hotelu, ale raczej rzadko, bo skoro masz pełen pakiet, nie ma sensu dopłacać do dodatkowych wycieczek czy jedzenia w lokalnych restauracjach czy tawernach.

I widzisz za mały procent Grecji w Grecji.

Tak. Tymczasem Grecy mają do zaoferowania tę wspaniałą przyjacielskość. Przychodzisz raz w jakieś miejsce i witasz się jeszcze jak obcy z obcym, przychodząc drugi raz jesteś już best friend. Tego nie poczujesz w hotelach all-inclusive, gdzie wszyscy są anonimowi, a nawet jeśli nie, to odsetek pracujących tam Greków jest bardzo niski. Pracują tam najczęściej studenci czy pracownicy sezonowi z całego świata.

Po tylu wizytach tutaj, sporo o tym wiesz. Liczyłaś kiedyś, ile razy byłaś w Grecji?

O, nie! (śmiech) Tylko od ślubu z Teo minęło 27 lat, to  razy średnio 2 wizyty w roku, to już daje ponad 50. Dochodzą też inne, krótsze wyjazdy. Nie, nie liczyłam. Ale powiem Ci – to ciągle za mało!

***

I kończysz tę rozmowę, i słyszysz, że finał brzmi trochę z jak z turystycznego prospektu, ale znasz tę kobietę i wiesz, że nie da się jej nie wierzyć.

Na koniec próbka zawodowej działalności Gosi:

Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak