Banki centralne walczą z kryzysem

Jutro jest święto, więc cały tydzień na naszych rynkach finansowych powinien cechować się mniejszą aktywnością, ale rynki światowe nadal będą pracowały. Zdecydowanie nie wiemy, co zobaczymy, jak wrócimy do pracy w czwartek. Spróbuję jednak podsumować to, co już wiemy.

W poprzednim wpisie „Czy rzeczywiście „król jest nagi” starałem się przedstawić sytuację, jaka panowała na rynkach finansowych w związku z pojawieniem się problemu obligacji i innych instrumentów finansowych bazujących na rynku kredytów hipotecznych w USA. Przedstawiłem tam dwa scenariusze – optymistyczny i pesymistyczny zastrzegając, że nie wiem, który przyjdzie nam realizować. Napisałem też, że między obrazem czarnym i białym może się zmieścić wiele odcieni szarości. Obawiam się, że obecnie jesteśmy właśnie w takim szarym punkcie. Skala problemu nadal jest nieokreślona, chociaż wiele instytucji informuje o swoim zaangażowaniu w produkty bazujące na ryzykownych kredytach hipotecznych. Większość z nich (dużych) ma bardzo mały udział tych produktów w portfelu (zazwyczaj mniej niż jeden procent). Nawiasem mówiąc pojawiają się w tym kontekście przynajmniej dwa problemy.

Pierwszym, pro domo sua, jest to, że nasze banki i fundusze zachowują kamienne milczenie odnośnie ich zaangażowania w instrumenty, które wzbudzają tak wielkie i negatywne emocje. Co prawda w „Rzeczpospolitej” widziałem zapewnienie, ze nasze instytucje nie mają tego typu aktywów, ale napisał to dziennikarz. Ja wolałbym, żeby powiedzieli to zarządzający. Jestem absolutnie przekonany, że nasze banki nie mają takich pozycji, ale co do funduszy to mam dużo wątpliwości. Byłoby co najmniej dziwne, gdyby klika z nich nie skusiło się na wysoko oprocentowane obligacje CDO. Może to jednak i lepiej, ze nikt nic nie mówi? Po co zwiększać niepewność.

Drugim problemem jest to, że wszyscy koncentrują się jedynie na instrumentach finansowych bazujących na kredytach wysokiego ryzyka, a skąd pewność, że tylko one są zagrożone? Już kilka tygodni temu czytałem wypowiedź jednej z instytucji udzielającej kredytów (niestety nie pamiętam jej nazwy), w której pojawiła się informacja o pojawieniu się tych samych symptomów w kredytach Alt-A, czyli udzielanym kredytobiorcom o wyższej niż tych z sub-prime wiarogodności. Można sobie tylko wyobrazić, co by się stało, gdyby rzeczywiście problem zaczął się „rozlewać”. Nie jest to wcale takie niemożliwe, bo, co prawda banki ostatnio znacznie zaostrzyły swoje kryteria przyznawania kredytów, ale do niedawna były bardzo niefrasobliwe. Nawiasem mówiąc to zaostrzenie regulacji to broń obusieczna. Z jednej strony zmniejsza zagrożenie banków, ale z drugiej ogranicza dostęp do kredytów. A wiadomo, że przeciętny Amerykanin bez kredytu nie ma żadnej siły nabywczej. Jeśli konsumencie będą mieli problemy z otrzymaniem kredytów, a zaległe płatności będą bardzo surowo egzekwowane, to spadnie popyt wewnętrzny w USA, co mocno wpłynie na amerykanki wzrost gospodarczy (konsument odpowiada za 2/3 amerykańskiego PKB).

To jednak na razie tylko spekulacje. Wróćmy do obecnej sytuacji. Wiemy już, że banki centralne od USA po Azję pożyczyły bankom komercyjnym ponad 300 mld USD, co ma zapewnić płynność sektorowi finansowemu i zapobiec kryzysowi. Szczególnie interesujące były decyzje amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed pożyczył bankom zdecydowanie mniej gotówki niż europejski ECB, ale w piątek opublikował oświadczenie, w którym stwierdzał, że zapewni niezbędne do działania systemu dostawy gotówki, bo „jest to okres, w którym instytucje finansowe mogą doświadczyć problemów z finansowaniem”. Brzmi to niewinnie, ale komentatorzy zwracali uwagę, że takich komentarzy Fed przy przeprowadzaniu tego typu operacji prawie nigdy nie publikuje. Wyjątkiem był okres po ataku na WTC i po krachu w 1987 roku, kiedy Rezerwa Federalna ratował system finansowy. Oczywiście można było fakt opublikowanie tego komunikatu odczytać na dwa różne sposoby. Oba zresztą prawdziwe. Po pierwsze, że Fed zrobi wszystko, żeby uchronić rynki od krachu, a po drugie, że uważa sytuację za równie poważną jak ta z roku 1987 i 2001. Wynikało z tego, że Rezerwa Federalna zgadza się z Samem Molinaro, dyrektorem finansowym Bear Stearns, który tydzień temu właśnie tak ocenił obecną sytuację.

Powstaje pytanie: czy banki nie przesadziły? Czy nie zareagowały za wcześnie i za mocno? Odpowiedź „nie przesadziły” prowadzi nas to przyjęcia założenia, ze banki wiedzą coś więcej, niż inni inwestorzy, a sytuacja jest niezwykle poważna. Tak poważna, że my widzimy tylko i wyłącznie wierzchołek góry lodowej. Jeśli rzeczywiście tak jest to pozostaje trzymać kciuki i wierzyć, że kara za ekscesy banków i funduszy będzie jak najmniejsza. Odpowiedź „przesadziły” prowadzi nas do dużych problemów, bo chyba nikt nie uwierzy, że już żadna duża instytucja, żaden duży fundusz hedżingowy już wkrótce nie poinformuje, że ma problemy. Z pewnością takie informacje na rynek będą napływały. I to będzie doskonały test dla rynków. Jeśli te informacje zostaną zlekceważone to będzie sygnalizowało, że inwestorzy już nie będą się przejmowali sektorem długu (bazującym na kredytach sub-prime), a indeksy będą miały otwartą drogę na północ. Tylko takie zachowanie rynków będę interpretował jako zakończenie korekty. Ostatnie zwyżki są dla mnie niczym innym jak reakcja techniczną wyprzedanego rynku (nawet, jeśli zostaną przedłużone). Gdyby jednak takie, negatywne informacje znowu doprowadziły do przeceny to banki centralne już w niczym by giełdom nie pomogły, bo każdy gracz powiedziałby sobie „jeśli za pierwszym razem potężne pieniądze wpuszczone w system nie pomogły, to dlaczego mają pomóc teraz?”. Inaczej mówiąc – tak szybko reagując banki pozbawiły się swojej broni. Zostały im tylko obniżki stóp. Po rynku już krążą pogłoski zgodnie z którymi w tym tygodniu FOMC niespodziewanie obetnie stopy (bardzo w to wątpię).

Reasumując mogę tylko powiedzieć, że widzę uspokojenie na giełdach. Co prawda rynek amerykański zachował się w poniedziałek niezwykle słabo, ale wynikało to nie z nacisku podaży (obroty były o 1/3 niższe niż w piątek), a jedynie z niepewności. Widzę też dzisiaj, jak zachowują się rynki europejskie, gdzie straty (piszę to we wtorek przed południem) są systematycznie zmniejszane. To wszystko daje nadziejna przynajmniej większą korektę spadków. Pod jednym wszakże warunkiem: że publikowane we wtorek i środę dane o amerykańskiej inflacji nie będą gorsze od oczekiwań, a żadne duża instytucja nie przestraszy inwestorów meldując o olbrzymich stratach z powodu problemów sektora finansowego. Dzisiaj UBS poinformował, że z powodu obecnych zawirowań trzeci kwartał będzie bardzo słaby. Jak widzę reakcja negatywna jest bardzo „letnia”. Może więc jest to pierwszy sygnał realizacji pozytywnego scenariusza?

Uzupełnienie po sesji w USA:

Ostatni akapit po wtorkowej sesji w USA stracił sens. Spokój rynków europejskich przed otwarciem sesji w USA zamienił się w spadki, a indeksy w USA gwałtownie spadły. Najważniejszy jest jednak powód tego spadku. Pojawiło się kilka złych informacji z sektora kredytów i funduszy, ale wszyscy zwracają uwagę na firmę Sentinel Management Group, która poprosiła regulatora (CFTC) o pozwolenie na zawieszenie wypłat dla inwestorów. Fundusze jest niewielki, ale uważany był za całkowicie bezpieczny. Zarządzał kapitałami inwestowanymi na rynkach walutowych i towarowych i nie miał nic wspólnego z rynkiem kredytów hipotecznych. Nic dziwnego, że jego problemy musiały dosłownie przerazić inwestorów, którzy doszli do wniosku, że problem rozlewa się na cały sektor finansowy. I co teraz zrobią banki?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński