Banki znieście spread na franku!

Jeśli banki nie chcą, żebyśmy w Warszawie mieli Budapeszt powinny wykazać minimum zrozumienia dla sytuacji frankowców. Mogłyby np. w ramach gestu dobrej woli znieść wysokie spready na franku dla swoich kredytobiorców. Jak na razie wolą jednak zajmować się obroną marży.


– To jest większy kryzys niż ten w 2008 r. Wtedy byliśmy raczej obserwatorami, teraz frank bije w nas bezpośrednio. Albo podejmiemy jakieś wspólne działania, albo sprawą zajmują się politycy, do czego są nader skorzy – mówi mi jeden z szefów banków.

Koledzy po fachu na razie nie biorą sobie specjalnie do serca tych ostrzeżeń. W piątek 16 stycznia bankowcy zebrali się w Związku Banków Polskich, żeby radzić co zrobić z kredytami frankowymi, gdy LIBOR spadł poniżej zera. Przy niskiej marży, 0,5 proc., wychodzi na to, że jeśli dodać ją do LIBOR-u wartość oprocentowania będzie ujemne. Rata zazwyczaj liczona jest jako LIBOR trzymiesięczny + marża. Wczoraj LIBOR 3M miał wartość -0,4 proc.

Problem bankowców polega na tym, że w niektórych umowach walutowych jest zastrzeżenie określające dolną granicę oprocentowania na 0 proc. a w innych nie. Słowem, jeśli ktoś ma kredyt z marżą 0,5 proc. to jeśli LIBOR spadnie do 0,6 proc. (a mówi się, że może osiągnąć wartość nawet -1,2 proc.) wtedy bank… no właśnie, co – powinien naliczyć klientowi ratę kapitałową, a do procentowej… dopłacić?

W poniedziałek, po weekendzie, obrady w ZBP trwały nadal, przypominając coraz bardziej naradę Entów w puszczy Eriadoru.  Dopiero późnym popołudniem udało się nieoficjalnie dowiedzieć, że jest zgoda co do tego, że o ujemnym oprocentowaniu nie ma mowy.

Decyzja zapadła za zamkniętymi drzwiami. Samo spotkanie też miało tajny charakter. Za to w mediach elektronicznych trwało pełne używanie na bankach, a dzisiaj od białego rana w mediach papierowych. Na czołówkach jest temat ujemnego oprocentowania i wskazówki dla klientów, że powinni sądzić się z bankami, które nie chcą zejść z oprocentowaniem poniżej zera.
Czy naprawdę nie można było zorganizować konferencji prasowej i wyjaśnić na czym komplikacja materii polega, że sprawa nie jest prosta, że nie chodzi o proste dodawanie LIBOR + marża? Bankowcy już nie raz udowodnili, że w delikatnych sprawach potrafią poruszać się z gracją słonia w składzie porcelany.  Niedawna przegrana sprawa opłat interchange, gdy branża bankowa została koncertowo ograna przez sieci handlowe, jest tego najlepszym przykładem. Zamiast dogadać się w sprawie obniżki, powiedzmy do 0,7 proc. wywrzeć presję na Vise i Mastercarda, żeby takie zmiany wprowadziły, banki liczyły ile stracą na obcięciu prowizji kartowych. Przyszli w końcu politycy i ścięli j do 0,2 proc.

Politycy wzięli też sprawy w swoje ręce, kiedy bankom żal się było rozstać z nieprzyzwoicie wysokimi spreadami na kredytach walutowych.  Ileż było gadania, że to rynek ustala wysokość kursów, że nie można ręcznie nimi sterować. W końcu w 2011 r. Waldemar Pawlak przepchnął tzw. ustawę antyspreadową i trzeba było się pogodzić z tym, że klient ma prawo spłacać raty na cywilizowanych, rynkowych warunkach.

Teraz, kiedy tysiące ludzi codziennie śledzi kurs franka, wypatrując porad, informacji, jak obniżyć ratę kredytową, która często poszła naprawdę ostro w górę, aż się prosi, żeby banki wydały komunikat, że zdają sobie sprawę z trudnego położenia klientów i w ramach solidarnego działania, w związku z nadzwyczajną sytuacją, rezygnują ze spreadów walutowych i ustalają cenę franka na poziomie notowań kantorów internetowych.

Drobiazg, który przeciętnemu kredytobiorcy pozwoli zaoszczędzić 50 zł, ale byłby to mały gest wobec zadłużonych we franku, na którym banki co swoje już zarobiły i którego często wsadziły na tę minę.

To naprawdę wstyd, że Cinkciarz wykupuje całostronicowe reklamy w gazetach chwaląc się, że idzie na pomoc frankowcom, a banki w tym czasie zajęte są przede wszystkim kombinowaniem jak uratować marże przy ujemnym LIBOR-ze.

Dzisiaj rano najwięksi dostawcy frankowego kredytu sprzedawali franka po

Getin – 4,5134 zł

Millennium – 4,453 zł

Deutsche Bank – 4,433 zł

BZ WBK – 4.405 zł

mBank – 4,436 zł

PKO BP – 4.361zł

Tymczasem w w pierwszym lepszym kantorze internetowym można od rana kupić franka po 4,262-4,268 zł.

Wiadomo, że kantor może sobie pozwolić na niższe marże, bo zarabia przede wszystkim na dużych wolumenach, ale panowie bankowcy, czas przestać myśleć tylko o obronie wyniku w I kwartale, ponieważ za chwilę okaże się, że mamy w Warszawie Budapeszt i trzeba będzie przewalutować frankowe kredyty po kursie ustalonym przez polityków i zaksięgować większe straty niż z tytułu zniesienia spreadu.

Przykład z interchange pokazuje, że pod dyktando dobrze zorganizowanej grupy nacisku politycy mogą napisać każdą ustawę. Przykład Nabitych w mBank pokazuje, że klienci banków tez potrafią stworzyć mocną siłę lobbingową, której głos może być szczególnie mocny w roku wyborczym.

 

Czytaj też na Obiektywnieofinansach.com

Eugeniusz Twaróg
Eugeniusz Twaróg