Bitcoin? Wolę naklejki z gumy turbo

Wirtualne pieniądze ostatnio nie schodzą z pierwszych stron gazet. Bitcoin to waluta przyszłości – twierdzą entuzjaści. W mojej opinii to pewne nieporozumienie. Nielogiczne i boję się tego bardzo.

Nie mam nic przeciwko temu, by ludzie sami decydowali o tym, który towar będzie pieniądzem. Wolność w tej kwestii winna być prawem człowieka. Obecnie większość walut światowych posiada tylko umowną wartość, która gwarantowana jest przez nic nie warte słowa polityków i urzędników. Jednak czy wirtualne waluty będące niczym innym jak cyfrowym zapisem ciągu znaków to dobry kierunek?

Obawiam się, że ludzie mają tendencje do przechodzenia ze skrajności w skrajność. Kierując swoje zainteresowanie w kierunku bitcoina i innych walut to trochę tak, jakbyśmy zamieniali siekierkę na kijek. Część osób chce zastąpić regulowane środki płatnicze o umownej wartości na jeszcze mniej wartościowe zapisy cyfrowe, które mogą zniknąć z rynku z prędkością światła.

Ktoś powie, że to niemożliwe, bo nie da się wyłączyć prądu na całej planecie. Tak? Na pewno? Rosjanie mogą to zrobić w dwie minuty. Przelewu też nie zrobię jak nie ma prądu, ale zawsze mogę fizycznie zdobyć gotówkę np. pożyczyć od rodziny.

Bitcoin to niepowtarzalny kod i z matematycznego punktu widzenia niemożliwym jest jego skopiowanie, kradzież, itd.? Tak, na pewno? A co jest wartościowego w takim zapisie?

Jak byłem młodszy to największą wartość miały dla mnie żetony dołączane do paczek chipsów, naklejki z gumy turbo i kolorowe karteczki z Królem Lwem. I  mogę zaryzykować stwierdzenie, że te bezwartościowe bibeloty i tak mają większą wartość niż Bitcoiny. Chociaż notowania pokazują, że za jednego cyfrowego dukata trzeba zapłacić ponad 611 dolarów to przyznaję szczerze, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do celowego kupna CYFROWEGO WIRTUALNEGO CIĄGU ZNAKÓW (czy to wymaga komentarza?) niewiadomego pochodzenia.

Raz, że nie rozumiem fenomenu tych pieniędzy, a dwa, że ich konstrukcja jest tak skomplikowana, że przeczy to zasadzie uniwersalności środków płatniczych, których wartość z definicji musi być niepodważalna – jak konia, zboża, czy węgla, którym można napalić w piecu lub ewentualnie wymalować się na czarno. Kolokwialnie – nie wiem czemu utrudniamy sobie życie, skoro od dawna wiadomo, że najlepszy pieniądz to pieniądz oparty o metale szlachetne.

Emerytowi z Koziej Wólki nie wytłumaczę,  że cyfrowy ciąg znaków to pieniądz. Nie ma takiej opcji i nawet Latarnik Polski Cyfrowej nic tu nie wskóra – byle jaki bimber pokona bitcoina w cuglach.

Tak, zawsze można znaleźć plemię w Amazonii, które nie zna pojęcia pieniędzy lub rozlicza się w wielkich kamieniach z dziurą w środku. Jednak, gdy przyniesiemy im lekarstwa lub gumowe laczki to zaraz zamienią swoje „kamienie” na coś, co ma większą wartość użytkową.

Bo wbrew pozorom pieniądz jest dobry wtedy, gdy posiada także właściwości użytkowe (złoto takowe posiada). Dwa – jego przechowywanie i prawo własności do niego nie budzi wątpliwości. A przykro mi to mówić – zapisanie na serwerze, że ja posiadam dwa bitcoiny lub inną wirtualną walutę nie różni się dla mnie zbytnio od tego, że bank twierdzi, że mam na koncie jakieś pieniądze. Nie dotknę ich, nie zważę – fizycznie ich nie mam. Nie wierzę, że ktoś o zdrowych zmysłach woli mieć wirtualne „nic” niż chociaż papier, z którego robi się pieniądze.

Co to za wynalazek, który może mi ukraść grupa hakerów? Czym to się różni od normalnych pieniędzy, które dodatkowo posiadają tę zaletę, że ich wahania kursowe są w miarę stabilne? Bitcoin rok temu było po 10 dolarów, potem po tysiąc, a teraz po 600! Cały paradoks polega na tym, że sztuczna cyfrowa waluta wciąż wyrażana jest w równie sztucznych dolarach, z którymi tak mocno walczą entuzjaści bitcoina. Moim zdaniem to chwilowa moda i jeżeli naprawdę ktoś poważnie myśli o znalezieniu alternatywy dla fiat money to naprawdę wolę naklejki z gumy turbo.

/Piechowiak

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak