Z Clinton Co. nudno, ale z Trump Intl. nie wytrzymasz miesiąca

Z kim zawarłbyś kontrakt, umowę o współpracę, związałbyś swój sukces i życie? Z Donaldem Trumpem czy Hilary Clinton? W której korporacji chciałbyś pracować, Trump Intl. czy Clinton Co.? Skoro tylko taki wybór amerykańskie elity dały swojemu społeczeństwu i międzynarodowej społeczności.

Photographer: Andrew Harrer/Bloomberg

Zadawałem sobie takie pytania oglądając debatę dwojga kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych i przywódcę demokratycznego świata. Kiedy starcie to potraktować jako zapytanie ofertowe lub ogłoszenie o pracy – wiele aspektów wyboru sprowadza się do prostego wniosku – w korporacji kierowanej przez Hilary Clinton może być trochę nudno, ale miesiąca nie wytrzymałbym w korporacji Donalda Trumpa. Dlaczego? Nie przeszkadza mi pyszałkowatość, „czerwony kark” i bufonada dziedzica rodowej fortuny. Ludzie są różni, dlatego życie jest ciekawe. Zadaję sobie jednak pytanie, czy ten facet zniósłby w swej korporacji silne osobowości i dał im pole do sukcesu? Odpowiedź brzmi – nie. Cała debata pełna była krytyki wszystkiego, co nie jest jego własnym, mierzalnym w milionach dolarów zysku sukcesem. To może on ten sukces ma? Może warto do takiego człowieka dołączyć, podbijać świat i mnożyć fortunę z nim? Wątpię. Przede wszystkim, taki facet musi sukces mieć. Biegli w rachunkach obliczyli, że gdyby pozostawioną przez ojca Donalda fortunę włożyć na zrównoważone fundusze inwestycyjne – przyniosłyby więcej niż to, czym tak chwali się kandydat na przywódcę świata. W gruncie rzeczy nie pomnożył ojcowskiego majątku. Jeśli zbuduje w starej poczcie przy Pensylwania Av. kolejny luksusowy hotel, to nie przykryje porażek inwestycyjnych, takich jak słynne nowe Las Vegas, czyli Atlantic City, po którym hula wiatr ale nie dolary.

Sukces patrona porządnej i rokującej nadzieje na sukces korporacji musiałby być do opisania inaczej, niż setki milionów dolarów zysku tax free. Trafnym zarzutem wobec Trump International jest ten, że nie zapłaciła ona od lat dolara podatku. Jako że towarzyszę biznesowi od lat, nie będę twierdził, że firma musi w każdych warunkach płacić maksymalnie wysokie podatki. W okresie rozwoju mogą one nawet być ujemne. Nie wygląda jednak na to, by korporacja Trumpa była w fazie innowacyjnego rozwoju. Oferta, że wszystkim biznesom obniży podatek do 15 i 10 proc., a wówczas będą inwestować w Stanach, a nie w Meksyku – jest funta kłaków warta. Nie tylko dlatego, że przy Trumpie zdołały zbankrutować mnogie firmy jego dostawców i kontraktorów, ale też dlatego, że konkurencji podatkowej nie wygrywają giganci. Zawsze mniejsi, doganiający – znajdą sposób na podatkową przewagę. Sam Trump nie przeniesie zresztą swych wszystkich hoteli do Stanów, bo musi dywersyfikować biznes. To abecadło.

Elementarną bzdurą jest też pochwalenie się, że wszystkie swoje plany inwestycyjne Trump wykonuje przed terminem i przy mniejszych od zakładanych w budżecie nakładach. Znam ten styl z wielu korporacji. Od razu go widać w podwójnej sprawozdawczości, w tych znanych i wam wielu obiegach informacji. One niechybnie wskazują, że firma jest w stanie permanentnego kryzysu. Jeśli takie „standardy” przywódca Ameryki chce widzieć w swym rządzie, kraju, świecie, to ja dziękuję. To jest wizja świata podwójnego. Gigantycznego rozdwojenia jaźni.
Wniosek – Trump traktuje swoich współpracowników, kontrahentów w biznesie jak idiotów.Jego korporacja to typowy patronat. Spodziewać się możesz karier osobowości typu bierny, mierny, ale pokorny. Sukces będzie jego, katastrofa będzie twoja. Chcesz związać swój plan z jego planem – wykazuj się i spychaj odpowiedzialność na wszystkich innych. Typowy korporacyjny koszmar. Dziwi, że poważni faceci z partii republikańskiej wierzą, że da się stworzyć racjonalny obieg informacji i inteligentny system podejmowania decyzji na dworze Trumpa. Ale o tym kiedy indziej.

Na tle oferty Trump Int. – oferta Clinton Co. jest dość nudna. To propozycja związania swojego życia z taką korporacją-matką. Zadba o podwyżki, wypłaty na czas, zasiłek na chorobę, zapłaci na dokończenie studiów, namówi na szkolenie, wyśle na konferencję, od czasu do czasu poprosi o łanpejdżer, czyli jakiś pomysł na racjonalizację albo nowy kierunek rozwoju. Kiedy błądzi, ale zawsze mówi „my”, kiedy ma też sukces. Taka firma, co to sama wszystkiego nie wie, płaci ogromne rachunki konsultantom i bierze na swój rachunek ich błędne rady i prognozy. Płaci frycowe i podatki. I rośnie stabilnie, jak Berkshire Hathaway. I odcina kupony od sukcesów innych, których geniusz inkorporuje w swoje struktury.
Kolega zabrał mnie kiedyś do waszyngtońskiej księgarni, żeby pokazać, że Amerykanie też czytają książki. Zarzeka się, że widział w niej kilka lat temu Hillary, jak pewnego wieczoru, po robocie, wpadła kupić sobie kilka pozycji. Ten obrazek mnie, zwłaszcza po prezydenckiej debacie – przekonuje bardziej do kooperacji z korporacją Clinton niż dynastią Trump.

Przeczytaj także komentarz Piotra Kuczyńskiego. 

 

Grzegorz Cydejko
Grzegorz Cydejko