Czas patriotów

Nowa ekipa ma problem – mówił o tym min. Kowalczyk – ze znalezieniem kandydatów na wiceministrów. Nie jest jeszcze może tak źle, jak opisywała to była wicepremier Bieńkowska, że pracy tej mogą się podjąć tylko złodzieje albo idioci. Ale rzeczywiście trudno znaleźć chętnych do tej odpowiedzialnej pracy za mniej więcej pięć tysięcy netto. Optymiści twierdzą, że pozwala to wyselekcjonować osoby motywowane patriotycznie. Ale jakoś łatwiej o patriotów w przesadnie szczodrze płacących spółkach Skarbu Państwa, niż w obsadzie stanowisk urzędniczych.

Polska Amerykanka: ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie… | Dyskusja.biz

Patriotyzm stał się generalnie hasłem przewodnim zmian, hasłem z którym trudno polemizować. Bo cóż złego może być w patriotyzmie? Patriota z definicji jest lepszy od osoby, która patriotą nie jest. Odpowiadając na to zapotrzebowanie mamy patriotyczną ekonomię i patriotyczną politykę kadrową. Przyszedł czas na patriotów.

Starsze pokolenie pamięta jak przymiotniki odwracały znaczenie rzeczowników. Demokracja ludowa nie miała nic wspólnego z demokracją, ekonomia polityczna socjalizmu miała niewiele wspólnego z ekonomią. Dlatego podchodzę do takiej narracji z pewnym sceptycyzmem. W krajach z większym demokratycznym doświadczeniem już dawno zauważono, że polityk jest tym większym werbalnie patriotą im mniej ma od siebie do zaoferowania. A kiedy mówi o swojej miłości do ojczyzny, to znaczy że oczekuje za to jakiejś gratyfikacji.

Przymiotnik „patriotyczny” stał się legitymacją do władzy. Przykładowo wykreowano niechęć do bankierów nazywanych pogardliwie „banksterami”. Ale twarzą nowej, patriotycznej polityki gospodarczej stał się wybitny bankier. Pewnie dlatego, że gdy pracował w zagranicznym banku głośno mówił o potrzebie patriotycznych rozwiązań i nie ukrywał swojej odrazy do międzynarodowego kapitału. Oczywiście w granicach, na jakie miał zezwolenie swojego właściciela. Dzisiaj, gdy jest już u władzy ciągle dużo mówi o konieczności patriotycznych rozwiązań, które rozumie jako wtrącanie się państwa w gospodarkę i zastępowanie przedsiębiorców. Nie mówi co i jak, ale – dlaczego. Unika konkretów, bo z jednej strony zawsze może trafić na jeszcze większego patriotę, a z drugiej – może ciągle czeka na zezwolenie?

Elementem patriotycznej narracji jest zakwestionowanie większości z tego, z czego byliśmy słusznie dumni przez ostatnie dekady. Wraca przekonanie, które kiedyś wyrażało hasło: „Socjalizm – tak. Wypaczenia – nie”. Bo co komu przeszkadzało pełne zatrudnienie, powszechna własność państwowa, zamknięty dla obcych rynek, kontrola cen i wysokie emerytury? Dlatego chcemy kapitalizmu, ale bez kapitalistów i najlepiej bez kapitału, bo cytując klasyka – kapitalista skądś ten kapitał ma. Aż strach pytać skąd.

Przypominanie co można i co trzeba było zrobić w warunkach bankrutującego systemu centralnego planowania – nikogo nie przekona. Bo tu o emocje, a nie o fakty przecież chodzi. Dlatego zamiast liczb, kilka autentycznych sytuacji.

Pamiętam, jak dwadzieścia pięć lat temu program prywatyzacji spotkał się z krytyką ze strony menedżerów próbujących uwłaszczać się na państwowych firmach. Zamiast sprzedawać te firmy obcemu kapitałowi, patriotycznie byłoby – zwracali się do premiera – przekazać je w polskie ręce. Oczywiście w ręce uwłaszczających się menedżerów, bo nie było godniejszych rąk. I oczywiście za darmo, bo skąd niby mieliby wziąć na to pieniądze? Czas szybko zweryfikował negatywnie umiejętności menedżerskie tych prezesów, ale przekonanie – że można było inaczej, że można było samemu i narodowo, gdyby tylko nie ten doktryner Balcerowicz – pozostało.

W połowie lat 90. jako prezes rzeszowskiej firmy Alimy Gerber miałem okazję do sąsiedzkiej rozmowy z zarządcą firmy Zelmer na temat perspektyw prywatyzacji tej firmy. Usłyszałem: „Nie znam żadnego języka, jak przyjdzie jakiś zagraniczny inwestor to mnie natychmiast wyrzuci. Taki Tuderek został milionerem. Taki Zaraska także. A ja co, ja jeden mam zostać gołodupcem?!” I zaczął wyprowadzać z firmy aktywa pod hasłem patriotycznej walki o polskość odkurzaczy i mikserów.

Dziesięć lat temu zostałem, raz jeden w moim długim życiu, poproszony przez szykującego się do władzy polityka o konsultację. Jako byłego członka światowego zarządu globalnej firmy farmaceutycznej zapytano mnie o kontrowersje związane z prywatyzacją Polfy Warszawa i Polfy Tarchomin. Wyjaśniłem, że państwo ma instrumenty do zapewnienia bezpieczeństwa lekowego kraju bez konieczności posiadania tych firm. Wtedy padło pytanie, cytuję dokładnie: „To dlaczego czerwonym tak na tym zależało?”. Moim zdaniem dlatego, że były to atrakcyjne stanowiska w zarządach i radach nadzorczych oraz możliwość obdarzenia zaufanych atrakcyjnymi nieruchomościami w stolicy. „Taaak? To nam też się przyda!”- usłyszałem na zakończenie konsultacji.

Przekonanie, że trzeba zachować państwową własność w gospodarce aby mieć łupy dla swoich zwolenników, jest ponadpartyjne. Rozumiem spoconych za dobrze opłacanymi stanowiskami partyjnych przyjaciół władzy. Ale dlaczego większość z nas nie widzi problemu jakości przypadkowego i partyjnego zarządzania? Duże państwowe spółki działają w warunkach quasi-monopolistycznych. Kierowani tam funkcjonariusze mają przede wszystkim realizować interesy partyjne, nie naruszając interesów branżowych i związkowych. A jak trzeba na telefon zatrudnić rekomendowanego człowieka, dać zlecenie rekomendowanej firmie, ogłosić się we wskazanym medium – to co stoi na przeszkodzie, aby na boku zrobić to samo na własny rachunek?

Bardzo łatwo jest być geniuszem zarządzania w warunkach monopolu. Ciekawe, jak ci geniusze z poprzedniego rozdania odnajdą się teraz w normalnej gospodarce. To zweryfikuje najlepiej przekonanie o wyższości państwowego nad prywatnym i o efektywnym systemie naboru najlepszych kadr w służbie rządzącej partii.

A co się dzieje, kiedy Państwo nie jest – o zgrozo! – właścicielem?   Nie dość że ściąga z takiej firmy podatki bez ponoszenia ryzyka i konieczności inwestycji, to jeszcze ma w swoich rękach skuteczne narzędzia kontrolne których może użyć bez narażania się związkom i politykom.

Mieliśmy na południu Polski dwie branże które aby przetrwać wymagały restrukturyzacji i inwestycji. Hutnictwo zostało jakimś cudem sprywatyzowane. Nowy właściciel sprawił, że rozwijający się polski przemysł ma dostęp do nowoczesnych wyrobów hutniczych. Bez tego nie bylibyśmy znaczącym graczem nie tylko w przemyśle ciężkim i maszynowym, ale nawet spożywczym – bo nasze huty nastawione na czołgi i okręty długo nie potrafiły wyprodukować zwykłych puszek. Dzisiaj nie słyszymy o strajkach, nie zastanawiamy się wspólnie skąd wziąć w kolejnym miesiącu pieniądze na wypłatę wynagrodzeń hutnikom. A jaka jest sytuacja w górnictwie – wiemy wszyscy. Czy dzisiaj, przy narzuconej nam narracji – prywatyzacja hutnictwa byłaby możliwa? Przecież to jak nic przemysł strategiczny!

U nas zresztą wszystko stało się strategiczne. Nawet kolejka linowa na Kasprowy Wierch jest strategiczna. Mimo, że firma ta nic nie jest w stanie zrobić bez zgody Tatrzańskiego Parku Narodowego i raczej wątpliwe jest, że prywatny właściciel przeniesie kolejkę wraz z Kasprowym na przykład w Alpy.

Cóż, z pewnością jestem cynikiem. Ale zdecydowanie wolałbym, aby polityka gospodarcza (a także polityka kadrowa, dyplomacja, obrona narodowa itd. Itp.) była po prostu mądra i skuteczna. Mądrość i skuteczność nie może się wykluczać z patriotyzmem. A jeśli się wyklucza, to coś z tym deklarowanym patriotyzmem jest nie tak.

Ryszard Wojtkowski
Ryszard Wojtkowski