Cztery litery i ludzie wierzący

Wreszcie znalazłem trochę czasu, którego mi bardzo przez ostatnie tygodnie brakowało. Wiedziałem, że muszę umieścić na tym blogu kolejny wpis, bo ilość 500+ komentarzy jest stanowczo za duża, ale zdecydowanie nie znajdowałem na to luki czasowej. Poza tym (to poważny problem) nie mam czasu na spokojne zastanowienie się nad sytuacją i na przeczytanie sensownych publikacji. Od dawna (a może nawet nigdy) nie byłem w takiej sytuacji.

Z tego wynika, że znowu mogę powiedzieć, iż obserwujemy coś, co wydarza się raz na pokolenie (albo raz na stulecie). Ostatnio, na kongresie organizowanym przez Xelion, miałem okazję prowadzić dyskusję (byłem moderatorem) pięciu strategów (zagraniczni i polscy), którym zadałem pytanie: czy określanie obecnego kryzysu mianem „wydarzenia na miarę pokolenia” to mit czy właściwe oszacowanie problemu? A może jest to po prostu normalna bessa, która od czasu do czasu nawiedza rynki akcji? Byłem bardzo zaskoczony odpowiedziami. Wszyscy opowiedzieli się za tym, że określenie „raz na pokolenie” jest mitem, a to, co przeżywamy jest normalną bessą. Podsumowałem to mówiąc, że zastosuję kontrariańskie rozumowanie: jeśli olbrzymia większość na rynku finansowym wyraża jakieś przekonanie to z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że nie mają racji.

Jak Czytelnicy tego bloga zapewne wiedzą ja mam zdecydowanie inne zdanie niż uczestnicy tej dyskusji. Jeśli mam wybierać między czterema literami, czyli V, W, U i L, które opisują możliwy przebieg spowolnienia gospodarczego i następującego potem ożywienia, a co za tym idzie zachowania się indeksów to wybieram L. Wybieram i mam nadzieję, żeby nie była to litera L obrócona wzdłuż osi pionowej o 180 stopni i położona potem na długim ramieniu. Inaczej mówiąc – szybki spadek i długa recesja/stagnacja. Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby wydarzenie, które zmieni oblicze świata (tego jestem pewien) miało być krótkotrwałe i mało bolesne dla ludzi. Żeby wszystko zmienić (a trzeba zmienić bardzo dużo) trzeba czasu i cierpień. Wiem, że brzmi to pompatycznie, ale uważam, że tak powinno brzmieć.

Uważam, że sytuacja jest podobna do tej z 1929 roku, ale deregulacja poszła dalej, stosowania dźwigni finansowej jest obecnie jeszcze bardziej powszechne. Jest oczywiście jedna podstawowa jednak różnica: teraz banki centralne i rządy pomagają rynkom. Tyle tylko, że problem jest dużo większy. Dlatego też widzę analogie na wykresach z tamtego kryzysu. Wtedy krach (28 i 29.10.1929) nie był tym najgorszym, co spotkało Amerykanów i potem cały świat. Indeksy potem szybko wzrosły, znowu spadły i spadały tak do listopada. Wtedy to osiągnięty został dołek – 50 procent poniżej szczytu. Od tego momentu, przez pół roku indeks DJIA rósł. Do kwietnia 1930 roku wzrósł o 50 procent! Od tego momentu spadał przez dwa lata i spadł do poziomu niższego o 90 procent od szczytu.

Historia najczęściej powtarza się jako farsa, ale dlaczego nie przyjąć, że okres do 2000 roku były analogiczny do tego przed 1929 rokiem? Gdyby wyciąć wykresy to trudno byłoby dopatrzyć się zasadnych różnić (tyle, że szaleństwo końca XX wieku było większe). Ostatnią hossę (2003 – 2007) traktowałbym jako równoważną wzrostowi między listopadem 1929 a kwietniem 1930. Teraz pora na recesję, czyli spadek (2-3 lata?). Oczywiście z koniecznymi odbiciami (zapewne jesteśmy przed takim). Jeśli spojrzy się na wykres S&P 500 w długim okresie to widać, że rysuje on coś, co niepokojąco przypomina kształtowany od 1997 roku podwójny szczyt. Gdyby indeks przebił się przez 780 pkt. to mógłby spaść nawet do 390 pkt. (wysokość formacji w ujęciu procentowym). To byłby prawdziwy krach. To jednak jest jedynie bardzo luźna hipoteza.

„The New York Times” przepytywał ostatnio ekonomistów, którzy nagle obudzili się i przypomnieli sobie o rynku derywatów (600.000 miliardów dolarów). Pisałem o tym i mówiłem od 1,5 roku (odsyłam do wpisu „Credo na zakończenie lata”). Myślę, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, że obligacje CDO i swapy CDS, które doprowadziły do obecnego krachu są częścią tego rynku. Co się stanie, jeśli ta góra aktywów niepokrytych pieniądzem runie? Jaki bank centralny sobie z nią poradzi (nawet w skoordynowanej akcji)? Pęknięcie tej bańki z całą pewnością doprowadziłoby do zarysowanego wyżej scenariusza.

Wini się teraz za wszystko Alana Greenspana, byłego szefa Fed. Wini się też polityków zachęcających do kupna domów po to, żeby rozpędzić gospodarkę i wyjść obronną ręką z recesji początku XXI wieku. Tyle tylko, że zapomina się, iż za wszystko odpowiadają ludzie wierzący. Wierzący w neoliberalną utopię. To dzięki tej właśnie utopii zarówno politycy jak i bankierzy oraz przedsiębiorcy uwierzyli, że nie ma ryzyka, że możliwe jest wszystko, że niewidzialna ręka rynku wszystko naprawi. Nie będę już tutaj więcej o tym pisał – w poprzednich swoich wpisach było o tym wystarczająco dużo. Apeluję tylko do wszystkich (specjalnie mocno do dziennikarzy), żeby nie poddawali się sprytnej manipulacji, którą stosują obrońcy starego porządku. Jak tylko powie się, że to, co się wydarzyło i wydarzy zapowiada koniec neoliberalizmu to natychmiast w odpowiedzi twierdzą, że to nie jest prawda – to nie jest koniec kapitalizmu, wolnego rynku i gospodarki amerykańskiej – takie tezy głoszą nierozsądni ludzie! Mają rację, bo rzeczywiście to nie jest koniec kapitalizmu, wolnego rynku i gospodarki amerykańskiej – tyle, że pójdą one inną drogą niż tą, która wskazywali wyznawcy neoliberalnej utopii. Dla jasności: ja jestem liberałem, ale klasycznym liberałem, a nie neoliberalno – konserwatywną podróbką.

Co może się teraz, w najbliższym czasie wydarzyć? Banki centralne wielu krajów zdecydowały się na wspólną akcję obniżania stóp. Co prawda uważam, że było ono niezwykle ryzykowne i dokonane w niewłaściwym czasie, ale tworzy coś, co nazwałbym masą krytyczną. Powiem jednak, dlaczego uważam, że posunięcie było ryzykowne. Uważam, że bankierzy zagrali jak hazardziści. Chcieli pokazać, że są zjednoczeni, że będą działali wspólnie, że jeśli będzie taka potrzeba to wymyślą (też wspólnie) coś nowego i uratują świat. Tyle tylko, że gdyby rynki źle odczytały ich intencje i skupiły się na zagrożeniach (nie robi się takich ruchów, jeśli nie ma olbrzymiego zagrożenia) to wynikiem takiej reakcji byłaby utrata wiary w to, że cokolwiek może pomóc. To zaś prowadziłoby do niewyobrażalnych wręcz skutków.

Realizacją takiego scenariusza groziło nam zakończenie środowych sesji zarówno w Europie jak i w USA. Uważam jednak, że rządy i banki centralne podejmując coraz więcej decyzji „pomocowych” powinny w końcu doprowadzić do powstania masy krytycznej, która diametralnie zmieni nastroje. Piszę to przed piątkowym spotkaniem ministrów finansów i szefów banków centralnych grupy G-7. Po skoordynowanej akcji banków w środę inwestorzy już wiedzą, że banki i rządy potrafią działać wspólnie. Gdyby z tego szczytu popłynęły nie tylko słowa, ale i czyny lub choćby obietnice czynów to przekroczenie masy krytycznej byłoby prawie pewne.

Inaczej wygląda sytuacja w Polsce. W środę wieczorem zebrała się u nas Rada Polityki Pieniężnej, ale myliłby się ktoś, kto myślałby, że dołączy do innych banków centralnych obetnie stopy. Nasza RPP trzyma się twardo i walczy z inflacją. Pretekst do tej walki dostarcza Radzie rząd z jego pomysłem (nierealnym) wejściem do strefy euro w 2011 roku. Członkom Rady przechodzi przez usta tylko niechętne przyznanie, że sytuacja może zmusić ich do powstrzymanie się z podwyżką. Niektórzy z nich nawet twierdzą, że jedna podwyżka jest jeszcze niezbędna. Obawiam się, że RPP i rządowi brak jest wyobraźni. Zawsze mnie uczono, że planować trzeba tak, żeby nawet realizacja najgorszego scenariusza niezbyt moim planom zaszkodziła. RPP i rząd traktują Polskę jak oazę. Oazę szczęśliwości i spokoju. Dokładnie tak zachowywali się politycy w Polsce blisko 80 lat temu. Też uważano, że kryzysy zza Oceanu do nas nie dotrze. Wiemy, jak to się skończyło. Oczywiście, wiem, że sytuacja Polski jest teraz inna, ale podejście polityków (i banku centralnego) takie samo.

Owszem sytuacja gospodarcza Polski jest bardzo dobra. Wydaje się jednak skrajnie nieprawdopodobne, żeby w 2009 roku PKB wzrósł o 4,8 procent. Jeśli recesja zagości w USA i strefie euro na dłużej (a uważam, że tak się właśnie stanie) to ucierpi nasz eksport. Jeśli banki będą bardziej ostrożne z udzielaniem kredytów (a będą) to zmniejszy się popyt wewnętrzny. Owszem, środki unijne będą nam pomagały, wiec recesji u nas nie oczekuję, ale uważam za fantastyczne zapewnienie, że po 2009 roku PKB będzie rósł po ponad 5 procent. Spowolnienie gospodarcze na świecie doprowadzi u nas do wzrostu bezrobocia (częściowo z powodu powrotu emigrantów zarobkowych) i do zamrożenia płac. To z kolei uderzy w zdolności do spłacania kredytów i drogą sprzężenia zwrotnego uderzy w gospodarkę (mniejsze wydatki).

Dlaczego w tej sytuacji przyjmuje się nierealne założenia do budżetu i nie obniża stóp, jednocześnie twardo mówiąc, że wejdziemy do strefy euro w latach 2011/12? Czyżby to miała być takie działanie terapeutyczne pokazujące, że Polsce nic nie grozi? Jeśli tak to kierunek jest słuszny, bo nie ma nic gorszego niż wystraszone społeczeństwo. Jednak przedsięwzięte środki uważam za błędne. Stopy należy obniżać, a o dążeniu do strefy euro trzeba zapomnieć do czasu wyjaśnienie sytuacji gospodarki światowej. Wiemy, że powinno się dmuchać na zimne. Dobrze by było, żeby za rok nie trzeba było przypominać innego przysłowia: „mądry Polak po szkodzie”.

 Zapraszam na współpracujący ze mną portal: http://studioopinii.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński