Dwa rynki i jedna książka

Długo zastanawiałem się, o czym ma być ten wpis. Wiem, na co czekają Czytelnicy. Chcieliby zobaczyć coś o obecnej sytuacji na giełdach lub polemiczny tekst o cenach żywności i powodach ich wzrostu. Ten drugi temat jest rzeczywiście fascynujący i z całą pewnością poświęcę mu jeden z najbliższych wpisów. Wstępnie jednak już mogę powiedzieć (to zapewne pojawi się we właściwym wpisie), że wystarczy spojrzeć na wykres kontraktów na ryż, żeby pozbyć się złudzeń (bądź przekonań), o fundamentalnych przyczynach ostrego wzrostu ceny towarów rolnych. Podkreślam, że kluczowe w ostatnim zdaniu jest słowo „ostrego”.

Owszem, wyliczane przez media powody wzrostu cen żywności mają spory wpływ na tę drożyznę, ale za skalę zwyżki odpowiadają fundusze inwestycyjne. Jeśli spojrzy się na przykład właśnie na wykres kontraktów na ryż to widać (dla mnie oczekiwaną) wysoką, dodatnią korelację wartości kontraktów z kursem EUR/USD. W okresie 22 kwietnia do 2 maja kurs EUR/USD spadł o około 3 procent (dolar się wzmocnił). Cena ryżu między 23 kwietnia i 1 maja spadła o 17 procent. Chińczyków ubyło? Urodzaj się w czasie tych 10 dni zwiększył? Popyt spadł (przypominam, że w USA i w Izraelu w niektórych sieciach sklepów racjonowano ryż)? Oczywiście nie. Ogólnie obowiązująca ujemna korelacja surowców z dolarem (im słabszy dolar tym droższe surowce) mniej więcej od roku pojawiła się również na rynku towarów rolnych. Medialny hałas, w którym podaje się przeróżne (oprócz działalności funduszy) powody drożyzny służy doskonale tym inwestorom, którzy grają na rynku towarów rolnych.

Chcemy ograniczyć skalę wzrostu cen żywności? Skalę, a nie odwrócić trend, bo on z wielu powodów (tych cytowanych w mediach) będzie nadal wzrostowy. Trzeba by przeprowadzić eksperyment, którego oczywiście przeprowadzić się nie da. Wystarczyłoby na parę tygodni zakazać odsprzedaży kontraktów na towary rolne przed terminem ich wygasania, żeby ceny bardzo wielu towarów rolnych gwałtownie spadły. Ale my wolimy mówić o tym ile ludzi umrze z głodu… Można by na ten temat napisać więcej – Czytelnicy przysyłają mi na ten temat ciekawe materiały (za co dziękuję), ale postanowiłem, że na razie jeszcze ograniczę się do powyższego fragmentu.

Jeśli chodzi o obecną sytuację na giełdach to temat jest według mnie po prostu nudny ;-) . W komentarzach dla Xelion i na Stooq.pl pisałem o tym codziennie. Na razie po prostu sprawdza się scenariusz, o którym pisałem wiele tygodni temu: pomoc Fed i administracji była olbrzymia – gracze uwierzyli, że jeśli będzie trzeba to będzie jeszcze większa. Poza tym skoro „wszyscy” twierdzą, że druga połowa roku będzie bardzo mocna to muszą już teraz kupować akcje. Inaczej mówiąc – nie zaskakuje mnie to, co widzę za naszymi granicami. Wzrosty mogą się jeszcze utrzymywać przez czas dłuższy o ile coś bardzo graczy nie wystraszy (ropa?).

Jeśli chodzi o nas rynek to jest problem. Bez kapitału zagranicznego trudno będzie o sensowne wzrosty na dużym obrocie, a tylko takie są coś warte. Jeśli na świecie zwyżka będzie kontynuowana jeszcze przez kilka tygodni to w końcu ten kapitał (krótkoterminowy) do nas przyjdzie i nagle zobaczymy + 5 proc. na jednej sesji. Wtedy ruch przynajmniej do poziomu 3.500 pkt. na WIG20 będzie prawie pewny. Jeśli kapitał nie przyjdzie lub nie zdąży przed końcem korekty na świecie to będziemy się kokosić w trendzie bocznym. Kluczowy jest teraz poziom 3.000 pkt. (możliwy do osiągnięcia nawet dzisiaj), czyli poziom, przez który przechodzi dzisiaj (jutro będzie niżej) bok hipotetycznego trójkąta rysowanego przez indeks od początku roku, a potem poziom 3.150 pkt.

No i okazało się, że wstęp stał się samodzielnym wpisem, a chciałem przecież mówić o czymś innym. W czasie weekendu przeczytałem książkę (nie tylko tą, przeczytałem również „To nie jest kraj dla starych ludzi”, co zepsuło mi humor na całą niedzielę… ) profesora Grzegorza Kołodki „Wędrujący świat”. Już oczyma duszy widzę, jak niektórzy z Państwa się denerwują ;-) . Fakt, były minister finansów, naukowiec, maratończyk, podróżnik nie jest postacią lubianą. Jest niewątpliwie arogancki, zarozumiały i butny. Ale co mogę na to poradzić, że ja go po prostu lubię? Może wybitna postać (w ekonomii) musi taka być? Cytując Słowackiego można powiedzieć, że „dwa na słońcach swych przeciwnych – Bogi” są dosyć podobne w zewnętrznie prezentowanym charakterze tyle, że w stosunku do jednego z nich (Kołodki) media nigdy nie miały litości.

Nawiasem mówiąc dziecinne jest to jak te „Bogi” nawzajem się nienawidząc (chyba tak jest?) unikają podawania nazwisk. W książce Kołodki kilka razy pojawia się Leszek Balcerowicz, ale nigdy pod nazwiskiem. Zawsze jako „były minister”, „prezes banku centralnego” itp. To, że profesor Balcerowicz pojawia się w kontekście negatywnym chyba dla nikogo z Państwa nie ulega wątpliwości. Oglądałem również (od niedawna bardzo aktywnego) Leszka Balcerowicza w programie Tomasza Lisa, gdzie powiedział on coś, co brzmiało mniej więcej tak „nie uważam, jak niektórzy wrogowie kapitalizmu, że Stany Zjednoczone niedługo się rozpadną”. Dokładnego cytatu nie pamiętam, ale taki był wydźwięk. Było to kuriozalne stwierdzenie, bo stawianie znaku równości między „wrogami kapitalizmu” i ludźmi zaniepokojonymi stanem i perspektywami gospodarki USA jest zaiste szokujące. Pamiętam, że poczułem się zagrożony jako ten, który niedługo będzie stygmatyzowany jako „wróg kapitalizmu” ;-) . Było to jednak przed przeczytaniem książki Kołodki. Teraz uważam, że ta wypowiedź mogła być skierowana właśnie do autora „Wędrującego świata”. Znaleźć tam przecież można zapowiedź dużego kryzysu, a cały rozdział poświęcony jest upadkowi neoliberalizmu. Właściwie początkowi upadku. Muszę powiedzieć, że jak tylko zobaczyłem tytuł tego rozdziału to moja sympatia do autora wzrosła. Mój wpis z 3 kwietnia („Ciszej nad tą trumną” ) dotyczył właśnie tego tematu, chociaż zupełnie inaczej ujętego. A zaręczam, że wtedy jeszcze o tej książce nie widziałem.

Grzegorz Kołodko w swojej, obszernej książce pokazuje, jak widzi świat i gospodarkę. Zwraca uwagę na to, o czym ja mówię od kilkunastu lat (rzecz jasna nie z taką erudycją i wiedzą, jak GK) – do analizy gospodarki światowej i możliwych kierunków jej rozwoju potrzebne jest podejście holistyczne (GK mówi o interdyscyplinarnym). Nie można ograniczać się tylko do wzorów, suchej ekonomii bez zwracania uwagi na kulturę, socjologię, religie itp. Niewielu ekonomistów ma takie podejście. Autor wielokrotnie „przejeżdża się” przez media i analityków. W pierwszym przypadku można to całkowicie zrozumieć – odpłaca pięknym za nadobne, chociaż mu to z pewnością w przyszłości nie pomoże. Jeśli zaś chodzi o analityków to ma rację tylko częściowo. Są różni analitycy i ekonomiści bankowi (im też się dostało) i nie zawsze mylą się w tym, co mówią.

Wadą książki jest to, że autor, tak jak i większość ekonomistów, nie dostrzega i nie docenia znaczenia rynków finansowych. Mówi wręcz z pogardą o zmianach kursów walut, czy indeksów. Wydaje się nie widzieć tego, że cios (kryzys) przyjdzie właśnie z tego kierunku. Nie widzi na przykład tego, o czym napisałem na początku: wpływu rynków finansowych na ceny żywności. Mam wrażenie, że w szukaniu interdyscyplinarności profesor Kołodko świadomie (tylko dlaczego?) pominął to, co najbardziej istotne. I to nie tylko najbardziej istotne dlatego, że obserwujemy kryzys w sektorze kredytowym. Istotne dlatego, że nawet po jego zażegnaniu nadal będziemy czekali na kolejne uderzenie, które zapewne nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat.

Ja wielu nowych rzeczy się z tej książki nie dowiedziałem, ale siłą rzeczy muszę wiedzieć więcej niż przeciętny inwestor, czy nawet dziennikarz. Jednak sposób ujęcia tematu bardzo mi się spodobał. Poza tym myślę, że niewielu polskich ekonomistów potrafiłoby napisać 400 – stronicową książkę (plus wiele stron przypisów), którą bez znudzenia dałoby się przeczytać w ciągu dwóch dni. Doskonałym i bardzo nowatorskim uzupełnieniem jest też internetowy Nawigator http://www.wedrujacyswiat.pl/), który autor zobowiązał się uaktualniać na bieżąco. Może się on stać łatwo dostępną kopalnią ciekawych danych i wykresów. Jak można to, co napisałem podsumować? Może wezwaniem do drugiego „Boga” o napisanie równie łatwej do czytania książki z neoliberalnym przesłaniem?

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński