Finał „dieselgate” – afery politycznej, a nie spalinowej

Rekordowa w historii USA ugoda będzie kosztować Volkswagena 16,5 mld dolarów – to finał rozdymanej rok temu tzw. „Dieselgate”. Ta pseudosfera stała się przejawem nowego typu wojny ekonomicznej, która wybuchła pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Niemcami.

We wtorek zwykły amerykański sędzia sądu okręgowego w San Francisco (nie można było po prostu w Palo Alto?) zatwierdził ugodę, w ramach której Volkswagen będzie musiał zapłacić 16,5 mld dolarów odszkodowań, z czego 14,7 mld USD trafi do właścicieli feralnych aut. A to i tak mniej niż 45 mld USD, którymi straszono nas jeszcze na początku roku.

O co w ogóle poszło? We wrześniu 2015 roku amerykańska federalna Agencja Ochrony Środowiska (EPA) ujawniła, że VW manipulował wynikami testów spalin wydobywających się z silników diesla. Chodzi o specjalne oprogramowanie, dzięki któremu podczas testów silnik emitował mniej tlenków azotu. W czasie jazdy pseudoekologiczne bajery były wyłączane, więc emisja tlenków azotu szła w stratosferę – dosłownie i w przenośni (była ponoć 40-razy wyższa od „norm” narzuconych przez władze).

Zmyślne oprogramowanie zamontowano w przynajmniej 11 mln samochodów wyprodukowanych w latach 2009-15, z czego tylko pół miliona poruszało się po amerykańskich drogach. Po USA jeździ ponad 250 mln samochodów, a co roku na rynek trafia ponad 16 mln nowych aut. Udział VW w rynku amerykańskim wynosi niespełna 3%.

Jest drugie i trzecie dno

Tyle wersji oficjalniej i potwierdzonej. Ale znacznie ciekawiej jest tam, gdzie zaczynają się wnioski i domysły. Dlaczego do niedawna raczej sceptyczni wobec „zmian klimatycznych” Amerykanie nagle zainteresowali się „trucicielem” z Europy, a konkretnie z Niemiec? Dlaczego tak grube działa wytoczono akurat przeciwko Volkswagenowi, choć tajemnicą poliszynela jest, że na testach spalania oszukiwali wszyscy (lub prawie wszyscy) duzi producenci samochodów (i to nie tylko diesli)?

Przecież każdy świadomy użytkownik nowego auta doskonale wiedział, że deklarowane przez producenta spalanie nijak ma się do tego, ile auto „wypija” na drodze. A że spalanie nieuchronnie wiąże się z emisją spalin, to również deklarowane wartości wyprodukowanego CO2 można było włożyć między bajki. Wszyscy w Europie o tym wiedzieli i nikt nic z tym nie robi. Aż tu nagle niesłynący z proekologicznego podejścia rząd USA bije w tarabany i z oburzeniem szuka trujących diesli w kraju wielkich i paliwożernych benzyniaków. Szczyt hipokryzji.

Moim (i nie tylko moim) zdaniem był to element większej geopolitycznej rozgrywki, w ramach której Waszyngton naciskał na Berlin usiłujący prowadzić zbyt samodzielną politykę wobec Rosji i Chin. Od wiosny 2014 roku pomiędzy blokiem amerykańskim (nazwijmy go „Zachodem”) a Rosją trwa korespondencyjna wojna na Ukrainie, której stawką są wpływy w całej Europie. Rząd Angeli Merkel usiłował się z Rosją dogadać (co nam się mogło średnio podobać), podczas gdy Amerykanie z tylko sobie znanych powodów dążyli do otwartej konfrontacji w stylu zimnowojennym.

W tym aspekcie cały „dieselgate” był tylko salwą (celną, ale nie krytyczną) oddaną w stronę niemieckiego pancernika marki VW. Rok później Amerykanie uderzyli w drugi symbol niemieckiej potęgi gospodarczej: „proponując” 14 mld USD kary dla Deutsche Banku za szwindle przy oferowaniu obligacji powiązanych z kredytami hipotecznymi. Niemcy „propozycję” odrzucili i teraz targują się o jak najniższy wymiar kary. W całej sprawie najciekawsze jest to, że została ona wywleczona na światło dzienne – zazwyczaj tego typu brudy pierze się w zaciszu ministerialnych i prezesowskich gabinetów.

Niemcy nie byli dłużni i odwinęli się Jankesom uderzając we współczesny symbol sukcesu Ameryki: żądając od Apple’a zapłacenia 13 miliardów euro jakoby należnych podatków z tytułu optymalizacji podatkowej w Irlandii (tak wiem, formalnie była to decyzja Komisji Europejskiej, ale przecież wiemy, kto tam pociąga za sznurki). A że z irlandzkich struktur podatkowych (zupełnie legalnie) korzysta wiele amerykańskich korporacji, to sugestia jest równie jasna jak odcięta głowa konia w „Ojcu chrzestnym”.

Gdzie tu jest skandal?

W świecie wielkich pieniędzy i wielkiej polityki ginie istota sprawy. Media okrzyknęły VW „oszustem” i „trucicielem”, jak zwykle nie wgłębiając się w szczegóły (bo te są nudne, nużą czytelnika i nie zwiększają sprzedaży/oglądalności/klikalności). Zatem co tak naprawdę zrobili inżynierowie VW i innych koncernów motoryzacyjnych?

Pomogli kierowcom, oszczędzając im nieustannego działania systemów, dzięki którym auto gorzej jeździ i jest bardziej awaryjne. Dlaczego nikt nie powiedział, że te wszystkie pseudoekologiczne wynalazki pogarszają osiągi silnika i dramatycznie skracają jego żywotność? Tylko po to, aby wypełnić coraz bardziej absurdalne normy emisji spalin wymyślone przez brukselskich urzędników w ramach szkodliwej i irracjonalnej walki z „globalnym ociepleniem”.

Ilu nabywców aut z silnikiem wysokoprężnym wybiera je z powodu rzekomej „ekologiczności”? Czy może preferują „ropniaki” z powodu ich efektywności i osiągów, mając w głębokim poważaniu to, co wylatuje z rury wydechowej? Idę o zakład, że tych drugich jest jednak „trochę” więcej. I potem ci miłośnicy czystej przyrody, którzy zamiast tesli czy innego priusa wybrali passata czy golfa 1.9 TDI, domagają się odszkodowania za „oszustwo”? To obłuda chyba większa niż u Wuja Sama.

Disclaimer. Autor niniejszego tekstu nie jest i nie był na liście płac żadnej agencji wywiadowczej ani opisywanych powyżej korporacji. Nie jest też agentem wpływu – co najwyżej może okazać się „pożytecznym idiotą” usiłując dociec, jak sprawy wyglądają naprawdę, a nie jak są opisywane. Prywatnie przemieszcza się przy pomocy niezbyt młodego 1.9 TDI (ale nie jest to VW :-).

Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany