Fundusze hedżingowe tykającą bombą zegarową?

Przemysł funduszy hedżingowym rozwija się coraz szybciej. Nawet w Polsce są już chyba trzy takie fundusze. W zeszłym roku (a może dwa lata temu?) profesor Krzysztof Jajuga z Wrocławia podczas organizowanego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych corocznej konferencji „Wall Street” powiedział, że na rynkach panuje taka atmosfera, że jeśli komuś powinie się noga na realnej Wall Street to odchodzi i zakłada fundusz hedżingowy. Jest w tym stwierdzeniu sporo złośliwości i przesady, ale faktem jest, że ilość tego typu funduszy lawinowo rośnie. W końcu XX wieku szacowano, że zarządzają one 100 mld USD, a teraz szacuje się, że jest to już 1.400 mld USD. W tym wpisie nie chodzi oczywiście o to, żeby napisać naukowy (lub „naukawy” artykuł, ale o zwrócenie uwagi na kilka problemów i być może wywołanie dyskusji.

Fundusze hedżingowe są nieocenione wtedy, kiedy na jakimś rynku rozpoczyna się bessa, bo przecież operują one również krótką sprzedażą, dzięki czemu mogą zarabiać na spadkach. O tym koniecznie trzeba pamiętać, bo przecież kiedyś bessa się rozpocznie. Olbrzymie zyski (i równie olbrzymie straty, o czym mówi się zdecydowanie rzadziej) wypracowywane są w dużej mierze dzięki stosowaniu „lewarowania” (kredytowania) oraz grze na rynkach instrumentów pochodnych (różnego rodzaje kontraktów, opcji itp.). To wykorzystywanie „lewarowania” prowadzi do tego, że na rynku przewala się olbrzymia ilość pustego pieniądza. Na przykład na rynku walutowym za 10 tysięcy dolarów wpłaconego depozytu można kupić bądź sprzedać jeden milion dolarów. Jak widać ruch kursu w pożądanym przez nas kierunku o jeden procent pozwala zyskać sto procent, ale ruch w kierunku niepożądanym doprowadza gracza do bankructwa.

Zbankrutować może też fundusz tego typu, co zdarza się całkiem często. Niedawno doszło do bankructwa Amaranth Fund, działającego na rynku kontraktów na gaz. Zniknęło kilka miliardów dolarów. Najbardziej spektakularne było bankructwo (w 1998 roku) Long-Term Capital Management (LTCM). Był to fundusz, w którego zarządzie byli Myron Scholes i Robert C. Merton, którzy w 1997 roku dostali nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii. Jak widać nawet nobliści nie uchronili funduszu od bankructwa. Strata wyniosła tylko niecałe 5 mld USD, ale zatrząsł się wtedy cały rynek globalny. Gdyby nie naciski Fed na banki, które jakoś sprawę załatwiły to prawdopodobnie doszłoby już wtedy do krachu.

Zagrożeniem jest też to, że fundusze bardzo często stosują metodę automatycznego inwestowania. Opracowany przez naukowców i praktyków komputerowy program inwestycyjny sam podejmuje decyzje, wybiera rynki, ustawia zlecenia „stop loss” (zamknięcie pozycji, żeby nie ponieść zbyt dużej straty), czy „take profit” (mam już dosyć zysku i go realizuję). Nawisem mówiąc taki sposób inwestowania doprowadzić może analityków do niezłej schizofrenii. Wyobraźmy sobie wcale nie tak rzadką sytuację, kiedy to analityk uważa na przykład, że rynek będzie rósł, a program każe sprzedawać (lub odwrotnie). W przypadku wykorzystywania automatycznego inwestowania komputer ma zawsze rację – nawet jeśli jej nie ma.

Dzięki stosowaniu takich metod inwestycyjnych możliwe są niezwykle mocne i zupełnie nieusprawiedliwione fundamentalnie ruchy cen i indeksów. Przykładem może być zeszłoroczny wzrost ceny miedzi. W okresie marzec – maj jej cena wzrosła o 80 procent, a potem się gwałtownie załamała. Nawiasem mówiąc olbrzymie wzrosty cen surowców są właśnie wynikiem działania funduszy, a nie wolnej gry popytu konsumentów danego surowca i podaży po stronie jego producentów. W ostatnich pięciu latach popyt na miedź, czy ropę wzrósł jedynie o około 10 procent, a ceny wzrosły o 300 do 500 procent. Kierunek był właściwy, ale skala absolutnie nie.

Uważam, że niezwykle szybki rozwój tego typu funduszy jest właśnie tą tykająca bombą zegarowa, o której piszę w tytule. Dwa tygodnie temu przeleciało przez media ostrzeżenie, które w normalnych warunkach (nie wtedy, kiedy gracze lekceważą wszystkie złe informacje) mogło mieć potężny wpływ na zachowanie rynków finansowych. Analitycy Fed z Nowego Jorku w swoim raporcie stwierdzili, że funduszom hedżingowymi zagraża kryzys porównywalny do tego z 1998 roku, kiedy to upadek funduszu LTCM doprowadzi do zawirowań w globalnym systemie finansowym. Według Fed szybko rośnie korelacja zysków osiąganych przez różne fundusze, z czego należy wyciągnąć wniosek, że stosują one podobne strategie inwestycyjne koncentrując ryzyko w niewielu obszarach. W przypadku rozpoczęcia korekty na kilku rynkach cały ten segment może się w tym samym czasie załamać. W 1998 roku tak dużej korelacji nie było i dlatego też upadek LTCM nie był aż tak groźny.

Co może doprowadzić do takiej implozji? Można sobie na przykład wyobrazić (na razie takiego procesu nie widać), że spada kurs USD/JPY. Jen jest teraz głównym źródłem carry trade. Stopy procentowe w Japonii wynoszą 0,5 procenta, a jen jest słaby, więc kto może to zapożycza się w jenie i inwestuje na różnych rynkach (surowce, akcje, waluty…). Mała próbkę tego, co może się dziać na rynkach, gdyby jen zaczął się wzmacniać mieliśmy na przełomie lutego i marca. Wtedy to nie tylko spadek indeksu w Szanghaju oraz wypowiedzi Alana Greenspana, ale i umacniania się jena wywołało duże spadki cen akcji i surowców. Gołym okiem widać było, jak gracze wpatrują się w kurs USD/JPY- kiedy tylko zaczynał zniżkować to natychmiast taniały akcje i surowce.

Z ostrzeżenia Fed można wyciągnąć pewien wniosek. Skoro fundusze hedżingowe są nieocenione w czasach bessy, a groźne dla całego systemu jest to, że tak duża jest obecnie korelacja między nimi to trzeba szukać funduszu, który teraz zachowuje się bardzo słabo. Taki fundusz w czasach bessy ma szansę zachowywać się dużo lepiej niż jego mocno skorelowani konkurenci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński