Gdyby w Polsce była niemiecka płaca minimalna

Niemiecka płaca minimalna wynosi 8,5 euro za godzinę. Gdybyśmy nominalnie chcieli przenieść ją na polski rynek to musiałaby wynosić co najmniej 34 zł za godzinę. Dałoby to w miesiącu ok. 6 tys. zł pensji brutto (4,8 tys. netto). Polacy byliby przeszczęśliwi tylko 75% pracujących nie miałoby legalnej pracy.

Niemcy stawki nie rozmiękczają | Dyskusja.biz

W Bankier.pl wielką karierę zrobił artykuł o tym, że w Niemczech po wprowadzeniu płacy minimalnej na poziomie 8,5 euro za godzinę przybyło 4 mln nowych miejsc pracy, a bezrobocie spadło do rekordowo niskiego poziomu wynoszącego ok. 6%. Z komentarzy Internautów można było wyczytać wielkie pragnienie wprowadzenie podobnego rozwiązania w Polsce.

Kłopot w tym, że Polska to nie Niemcy i w zasadzie jeśli chodzi o stosunki na rynku pracy to różnimy się prawie wszystkim.

Dane o wzroście zatrudnienia, spadku bezrobocia i zwiększeniu dochodów w Niemczech po wprowadzeniu płacy minimalnej należy oceniać ostrożnie. Dlaczego? Dlatego, że w 8,5 euro na godzinę to 50% mediany wynagrodzenia godzinowego w tym kraju. Gdyby w Polsce implementowano płacę minimalną na tym samym poziomie to wynosiłaby ona – uwaga – ok. 8,8 zł brutto (7 zł netto) za godzinę, czyli mniej niż obecnie wynosi godzinowa stawka wynikająca z zatrudnienia na podstawie umowy o pracę z wynagrodzeniem minimalnym (10,5 zł brutto, ok. 8,4 zł netto).

Innymi słowy, w Niemczech płaca minimalna została ustalona na takim poziomie, by niemożliwe było zatrudnienie pracownika za kwotę uniemożliwiającą mu utrzymanie się. Niewykluczone, że w ten sposób udało się tam zachęcić część dotąd bezrobotnych do pracy i jak donoszą niemieccy analitycy – zlikwidowano tzw. „bad jobs”, czyli takie, które w zasadzie nie wnosiły nic do niemieckiej ekonomii, a opierały się na wyzysku dodatkowo stanowiącego konkurencję dla tych firm, które „realizują cele społeczne i mają wartości”.

U naszego zachodniego sąsiada obowiązują stawki branżowe ustalane przez silne organizacje związkowe. W praktyce wygląda to tak, że nie możesz zatrudnić w fabryce opon pracownika za mniej niż ustalił to związek/izba/strona pracownicza i w większości przypadków jest to dużo więcej niż 8,5 euro/h.

U nas też mogłoby funkcjonować podobne rozwiązanie

Tylko najpierw związki musiałyby zająć się organiczną pracą polegającą na negocjowaniu minimalnych stawek w poszczególnych branżach i regionach. Państwo powinno też wspierać tworzenie reprezentacji pracowniczych w firmach zatrudniających powyżej x pracowników.

Równocześnie rząd powinien zrobić porządek z umowami cywilno-prawnymi oraz z umową o pracę – przy czym rozwiązanie problemu powinno polegać nie na likwidacji umów o dzieło czy zlecenia, ale zadbaniu o to, by nie były one substytutem tylko uzupełnieniem zreformowanejlżejszej umowy” o pracę (co za problem w porozumieniu ze stroną społeczną opracować kilkadziesiąt wzorów umów obowiązujących w poszczególnych branżach, np. stworzenie umowy kelnerskiej, fryzjerskiej, pielęgniarskiej, dziennikarskiej, etc?).

Potem można by ustalić minimalną płace godzinową tak, by spełniała swoją pierwotną funkcję, czyli ochronę przed wyzyskiem. Chyba, że jakiś geniusz wpadnie na to, by zrobić „dosłownie tak samo jak w Niemczech” i wprowadzić minimalną na poziomie 34 zł lub „podobnie jak w Niemczech” i ustalić ją na poziomie niższym niż obowiązuje obecnie. Nie zmienia to faktu, że lista wstydu w sektorze publicznym jest najlepszym przykładem tego, że państwo nieudolnie walczy ze zjawiskiem, które po cichu sukcesywnie wspiera. Dlatego nie dziwią mnie pomysły typu 500+ czy darmowe leki po 75. roku życia, które z marketingowego punktu widzenia przypominają pewną niemiecką firmę produkującą samochody (VOLKSWAGEN) – niby jest w porządku, ale truje i oszukuje wszystkich dookoła.

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak