Getin zwolnił 400 osób

W branży bankowej znikają miejsca pracy. Głównie w oddziałach. W ciągu czterech lat w sieci ubyło 7 tys. etatów. Wczoraj Getin zwolnił jednego dnia 400 osób.


Getin przeprowadził cięcia etatów w ekspresowym tempie: w jeden dzień. Miało być szybko i cicho, bo wygląda na to, że Getin nie miał zamiaru informować o zwolnieniach. W każdym razie komunikat w tej sprawie na giełdę nie poszedł. I byłoby się udało, gdyby nie przeciek na Twitterze. Na potwierdzenie pogłosek trzeba było czekać w biurze prasowym banku dobrą godzinę. Wyjaśnienie zresztą przyszło w końcu nader oszczędne w słowach, że Getin zwalnia, bo tnie mało efektywne kanały sprzedaży. Czy to oznacza zamykanie niedochodowych placówek? Nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że w Polsce w szybkim tempie ubywa miejsc pracy w bankowości. Na koniec kwietna pracowało w przemyśle bankowym 173 087 osób. To najmniejsza liczba etatów od 2009 r., czyli od kiedy KNF publikuje szczegółowe dane na temat zatrudnienia w branży.

Co ciekawe, najszybciej znikają etaty nie w centralach, czego można byłoby oczekiwać, jako naturalnej konsekwencji kilku fuzji przeprowadzonych na rynku w ostatnich latach, w wyniku których najczęściej posady tracą ludzie z dublujących się departamentów. Wcale nie, centrala trzyma się mocno. Pięć lat temu, w 2009 r., za biurkami siedziało 69 tys. bankowców, w szczytowym momencie, w grudniu 2012 r., było ich nieco ponad 73 tys. Obecnie, tj. na koniec kwietnia bieżącego roku, centrale zatrudniały 71 998 pracowników.

Prawdziwe cięcia dotykają ludzi w terenie. Najwięcej bankowców pracowało w oddziałach w kwietniu 2010 – 107 012. Potem w sieci systematycznie ubywało etatów i dokładnie po czterech latach od szczytu sprzed czterech lat, w kwietniu 2014 r. zatrudnienie sięgnęło historycznego dołka – 100 868. Być może niedługo pęknie granica 100 tys. miejsc pracy w terenie. Przed nami jeszcze przecież fuzja BGŻ z BNP Paribas i dalsze zwolnienia w Raiffeisen Polbank, realizowane od ponad roku.
Poza tym nie wygląda na to, żeby przypadek Getinu miał być odosobniony i jest wysoce prawdopodobne, że inne banki mogą pójść w jego ślady. Może nie będą to tak spektakularne akcje cięcia etatów, ale po cichu, w ramach „naturalnych” odejść miejsc w pracy w branży bankowej będzie ubywało.

Tak zresztą dzieje się na całym świecie. Na Zachodzie, głównie w Stanach oraz w Wielkiej Brytanii, nie ma kwartału, żeby jakiś duży bank nie ogłosił zwolnień idących w setki etatów. Latem ubiegłego roku Barclays zapowiedział cięcia 1490 miejsc pracy, w styczniu tego roku RBS przygotował listę 1700 pracowników do redukcji. Plany zwolnień w ostatnich miesiącach ujawniły bank w Ulsterze, Clydesdale i Yorkshire Bank.

Fala zwolnień grupowych przetacza się przez cały bankowy świat. Unicredit ogłosił niedawno likwidację 5 tys. miejsc pracy we Włoszech, Niemczech i Austrii. Wszędzie powód jest ten sam: ludzie przerzucają się na mobile banking i nie chcą, nie potrzebują chodzić do oddziałów. W UK w ostatnich 20 latach sieć bankowa skurczyła się o 40 proc. W USA tylko w ubiegłym roku zniknęło 1,5 tys. oddziałów. Nawet w Skandynawii, gdzie sieć nigdy specjalnie gęsta nie była, Nordea w ciągu czterech lat zeszła z 1400 oddziałów do 800.

Tylko u nas jakoś nie słychać, żeby banki miały zamykać oddziały, a słychać nawet, choć nie tak głośno jak jeszcze cztery lata temu, że będą otwierać nowe. W kwietniu sieć bankowa liczyła 15 383. Przed rokiem było ich 15 446. Niewielkie ruchy to efekt zamykania placówek partnerskich. Trzon sieci – oddziały własne – trzyma się mocno. W 2009 r. było ich 6 503. W szczytowym momencie banki miały 7 530 własnych placówek. W kwietniu tego roku 7 330.

 

Czytaj więcej na blogu Obiektywnie o Finansach oraz na facebook.com/twarogofinansach

Jeszcze kilka lat temu lokalne media ubolewały, że banki wypychają z centrów miast kafejki, sklepiki, bo oferują wyższe czynsze za wynajem atrakcyjnych lokali. Niedawno „Gazeta Prawna” w związku z 25-leciem wolnych wyborów wydała specjalny dodatek z przedrukami z prasy z ostatnich 25 lat. Bodaj „Dziennik Bałtycki” w 1992 r. pisał z pewną przesadą, że w Trójmieście jest więcej banków niż zakładów szewskich i parasolników.  Za kilka lat widok oddziału bankowego może być równie rzadki jak dzisiaj punktu reperacji obuwia. Trendy z Zachodu prędzej czy później dotrą również do nas. Nie ma na to siły.

Eugeniusz Twaróg
Eugeniusz Twaróg