Knocking on heaven’s door: kryzys rajskich greckich wysp

Powinnam napisać: uwaga, publikacja zawiera wulgarne lokowanie produktu. Zawiera, bo ma Grecja miejsca cudnej urody, które ze wszystkich ludzi na świecie najmniej doceniają chyba sami Grecy.

Knocking on heaven’s door: kryzys rajskich greckich wysp

Załóżmy, że z kilku tysięcy greckich wysp na wakacje trochę na oślep wybierasz fragment nieskażonych turyzmem Cykladów. Traf chce, że statkiem dopływasz na miejsce dopiero po północy. Z portu odbiera cię pracownik hotelu, który przez kilka minut kieruje się w głąb tej – jak się dowiadujesz – mającej ledwie 5 km2 wyspy. Samochód zatrzymuje się, ale nie wiesz – w szczerym polu, pod hotelem czy może jedno nie wyklucza drugiego – ciemność kompletna. Każą wysiadać. Jedyne, co widzisz, to kilka jarzeniówek prawdopodobnie zawieszonych na hotelowych budynkach, i niebo. Gwiaździste, jak nigdy dotąd niebo.

Nie słychać niczego, za wyjątkiem morza. Jest blisko, bo fale słychać wyraźnie, ale wzrok nie dociera ani do linii brzegowej, ani tym bardziej do tafli wody. To jednak obiekt hotelowy, więc prowadzą cię do uroczego bungalowu. Kładąc się spać, przebierasz nogami w niecierpliwym oczekiwaniu na to, aż zacznie świtać i dowiesz się, w jakim miejscu jesteś.

Rano okazuje się, że jesteś tutaj:


Właścicielka pensjonatu wita cię z uśmiechem na twarzy, niczym najlepsza babcia zapraszając na gorącą kawę i ciepły chleb z pieca. Miejsce bliskie raju.

Czujesz spokój, dystans i serdeczność, ale dziennikarska powinność każe ci szukać dziury w całym. Może nad wyraz tu drogo, może woda dziś wyjątkowo czysta, może napotkani zwyczajnie mają lepszy dzień. Jest przecież kryzys, więc coś musi iść nie tak. Nadarza się okazja, żeby dłużej porozmawiać z tutejszymi. W miejscu, gdzie każdy zna każdego, umówienie spotkania z burmistrzem nie stanowi żadnej trudności. Cel spotkania: ustalić, czy takiemu miejscu cokolwiek dziś dolega, a jeśli tak – poznać lokalny plan na wyplątanie się z kryzysu.

Greckie wyspy doznały niedawno (2011) administracyjnej reorganizacji (w ramach tzw. reformy Kallikratis) i dziś o zakresie finansowania wysp Koufonisia decydują władze na wyższym szczeblu, zlokalizowane w innej części kraju. W efekcie, ze stanu, kiedy do dyspozycji była kwota około 1 miliona euro, dziś jest tych pieniędzy nawet nie 100 tysięcy euro. Na tym jednak nie koniec: inną wadą tego rozwiązania jest utrudnione z racji odległości zarządzanie. Wpisana w okres walki z kryzysem reforma nie w pełni ograniczyła, tak jak zakładano, rozmiar greckiej administracji. Owszem, 1033 gmin przeorganizowano w 325 nowych, ale włączenie mniejszych terenów w większe jednostki spowodowało rozrost biurokracji, utrudniając realne działanie i wywalczenie jakiejkolwiek decyzji dla swojego, niegdyś bardziej niezależnego obszaru, słyszę.

Drugi już raz podczas tego pobytu w Grecji słyszę przypowieść o króliku doświadczalnym – bo wyspy nie były do reformy przygotowane, bo nikt do końca nie wiedział, jak system administracji będzie funkcjonował po zmianach, bo reforma była niedopracowana. Rządzenie nadal więc odbywa się metodą prób i błędów, co – rzecz jasna – mocno blokuje rozwój, na nieszczęście w czasach i bez tego trudnych.

Kiedy myślę o problemach i niedofinansowaniu, pytam o kredyty. – Nie, nie mamy żadnych, wyspa zawsze charakteryzowała się nadwyżkami. Skąd tak dobre wyniki w przeszłości? – Wystarczyło dobre zarządzanie i sprawny system ściągania podatków z  otwieranej na wyspie działalności turystycznej. Wyspa, która jeszcze 47 lat temu (wtedy stała się niezależną gminą z własnym burmistrzem odpowiedzialnym za ten teren) była skałą w morzu, a dopiero od 1983 roku ma prąd, dziś świadczy szeroki zakres usług. Tragedii nie ma, ale da się odczuć, że stoimy w miejscu.

Wiele wskazuje na to, że na najbliższą przyszłość tej rajskiej wyspy będą mieli wpływ sami Grecy, z ich usposobieniem i podejściem do biznesu. To dlatego, że większość biznesu na Koufinisia jest w rękach tutejszych. Tylko ok. 10 proc. branży turystycznej zajmują się ludzie nie związani z wyspą, ale to nadal Grecy. Zabawne i zarazem przykre jest to, że nikt tu – a przecież rozmawiam z ludźmi, których powinno to zajmować najbardziej – nie prowadzi nawet statystyk dotyczących przyjazdów turystów. Przebąkują co prawda coś o 50 tysiącach rocznie, ale jako o wyłącznie luźnych szacunkach, których chyba nawet nie powinnam oficjalnie przytaczać. Jak więc, u licha, iść do przodu, nie mając pojęcia w jakim miejscu się stoi?

Co natomiast pewne, to że i burmistrz, i jego zastępczyni mają pełną świadomość walorów swojej wyspy. Na pytanie czym byliby w stanie skusić do siebie kolejnych wycieczkowiczów, bez zawahania wymieniają: naturalne piękno wyspy, nieduży i łatwy do obejścia wokół teren, fantastyczne plaże, lazurowe i czyste morze, rodzinny charakter tego miejsca, bo tu po 2-3 dniach wszyscy stają się jednym towarzystwem, tawerny, w których wszyscy gotują tak samo, jak w domach, na bazie świeżych warzyw pochodzących z ogródków, jakie stoją tu przy każdym jednym domu, z dużą ilością świeżych ryb, których jest tu pod dostatkiem. Pisałam: miejsce bliskie raju.

Kontynuujemy wątek nikłej autopromocji. – Oficjalnie nie podjęliśmy działań w kierunku wydania specjalnych broszur czy stworzenia nowoczesnej strony internetowej. Liczymy bardziej na reklamę robioną przez tych, którzy już tu byli jako turyści. Plus każdy prywatny właściciel hotelu czy tawerny reklamuje to miejsce na własną rękę. Słowo daję, to déjà vu.

Bilans: kolejne miejsce, o potencjale jeszcze większym niż poprzednie, dla omijających turystyczny mainstream – bajka. Ze złymi bohaterami, owszem, z niedostatkiem pieniędzy – to fakt. Ale z nadal niesamowitym charakterem, aż proszącym się o rekomendację gdzieś dalej niż tylko w promieniu kilku kilometrów dookoła terenu Koufonisia. A tymczasem tutaj spokój, dystans, wyczekiwanie na nie wiadomo co. Narzekanie, że trudno i brak planu działania. Grecja w czystej postaci, tylko o wiele ładniejsza.

Kończymy Bobem Dylanem. Po grecku. Wybaczcie.

Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak