Książka, którą niejeden czytelnik znienawidzi

Obiecałem podzielić się na blogu moimi uwagami po przeczytaniu ostatniej książki Naomi Klein „The Shock Doctrine: The Rise of Disaster Capitalism” (wydana we wrześniu zeszłego roku), więc postaram się teraz to zrobić. Dla Czytelników, którzy nie znają autorki kilka słów wstępu. Klein jest kanadyjską dziennikarką i autorką kilku książek (m.in. wydanej też po polsku „No Logo”). Najważniejszą informacją o autorce jest jednak to, że uważana jest za „papieżycę” alterglobalistów. Już w tym momencie zapewne wielu Czytelników przestanie czytać ten wpis, bo idee alterglobalistyczne są, delikatnie mówiąc, w Polsce bardzo niepopularne.

Polacy w sporej części, jeśli nie w większości, popierają neoliberalizm wierząc w kredo określane mianem TINA (there is no alternative), czyli w zderegulowany, zglobalizowany, nowoczesny kapitalizm. Zdarza się nawet (często słyszę to w mediach), że ludzie poszkodowani przez tę formę kapitalizmu bardzo ją popierają. Można to wytłumaczyć, ale nie jest to zadanie tego wpisu. Politycy polscy też wierzą w TINA. Owszem, w słowach PiS, czy LiD potrafią brzmieć prawie alterglobalistyczne, ale słowa nadzwyczaj często przeczą czynom. Ostatnio mieliśmy przecież rządy „przyjaciół ludu”, którzy dużo mówili o odsuniętych na margines Polakach, ale robili wszystko, żeby pomóc bogatszym. Czym innym jest bowiem całkowita likwidacja podatku spadkowego, obniżenie podatku PIT (2/3 społeczeństwa nic nie zyska na zmianie stawki na 18 procent), obniżenie składki rentowej (warto sobie policzyć kto ile na tym zyska), ulgi podatkowe na dzieci (odliczają je tylko płatnicy PIT, więc nie rolnicy i tylko ci, którzy zarabiają, ale mają z czego odpisać – olbrzymia część społeczeństwa nie ma takich możliwości), czy wreszcie postulowana zarówno przez PiS jak i PO likwidacja podatku Belki.

W tej sytuacji książka Klein, gdyby została przetłumaczona na polski, do czego zapewne nikt się nie pali, zostałaby najpewniej w najlepszym przypadku przemilczana lub też, gwałtownie skrytykowana. Jedno jest pewne: czyta się ją jednym tchem, a jest co czytać, bo to przecież ponad 460 stron plus blisko 70 stron przypisów. W tym miejscu jednak muszę ostrzec zwolenników neoliberalizmu, którzy dobrnęli do tego miejsca, że Klein przedstawia ich guru, czyli Miltona Friedmana, w niekorzystnym świetle. To może nawet jest eufemizm, bo tak naprawdę to można by napisać, że jest przez nią traktowany jak uosobienie ekonomicznego zła. No tak, tego to już Czytelnicy o neoliberalnych poglądach nie wytrzymają… O jedno tylko proszę: nie atakujcie Naomi Klein metodami, które często politycy stosują mówiąc o swoich przeciwnikach. Mówienie, że to alterglobalistka, że beznadziejna, że jest niemądra, że socjalistka itp. jest bez sensu i nic nie niesie. Jeśli atakować to poglądy i to z uzasadnieniem. Wiem, dlaczego to piszę, bo ataki na poglądy zbliżone do tego, co pisze Klein często są konstruowane według tego właśnie schematu.

Przejdźmy ad rem. Celem tego wpisu nie jest streszczenie książki, a jedynie przedstawienie jej głównych tez. Przede wszystkim trzeba wyraźnie powiedzieć, że autorka nie odkryła nowych faktów (może z jednym wyjątkiem). Przestawia wszystko to, co wiemy, ale robi to niesamowicie logicznie, w uporządkowany sposób no i oczywiście próbuje to interpretować nie roszcząc sobie zbytnich pretensji do bycia obiektywną. Klein twierdzi, że Milton Friedman i jego uczniowie stworzyli chicagowską szkołę myśli ekonomicznej, której głównym przesłaniem było: uwolnić rynki (gospodarkę) i sprowadzić państwo do roli stróża nocnego. Dlatego też szkoła ta zalecała całkowite zderegulowanie rynków finansowych i handlu światowego, totalną prywatyzację, drastyczne cięci podatków i równie drastyczne cięcia wydatków publicznych i pomocy socjalnej.

Autorka twierdzi (i ja się z nią zgadzam), że demokratyczne społeczeństwo mające coś do powiedzenia nigdy by się świadomie na takie reformy nie zgodziło. W każdym rozważanym przez nią przypadku reformy według recept szkoły chicagowskiej wprowadzane były wtedy, kiedy społeczeństwa zastygały w szoku, a ludzie nie wiedzieli, co mają robić, bądź nie mieli żadnego wpływu na decyzje rządów. Stąd pierwsza część tytułu: „The Shock Doctrine”. W książce znajdziemy mnóstwo omówionych przykładów, a klasycznym przykładem było oczywiście Chile pod rządami Augusto Pinocheta. W tym przypadku Milton Friedman osobiście doradzał temu dyktatorowi jak zreformować chilijską gospodarkę. Udzielał się też w przypadku innych zamachów stanu. Zszokowani ludzie w kolejnych krajach nie mieli nic do powiedzenia lub nie wiedzieli, co mogą powiedzieć (tak jak w Polsce po upadku PRL) i pozwalali sobie narzucać rządy neoliberalnego kapitalizmu. Ich wynikiem zawsze było zubożenie olbrzymiej części społeczeństwa, drastyczne zróżnicowanie dochodów, skarlenie związków zawodowych i szybki wzrost PKB. Jeśli ktoś będzie chciał te tezy podważyć to proszę o poważne uzasadnienie, bo odpowiadał będę cytatami z książki, a zaręczam, że tam to jest bardzo dobrze udokumentowane.

Wynikiem deregulacji były kolejne kryzysy w różnych częściach świata. Pamiętamy dokładnie kryzysy w roku 1987 (krach w USA), 1994 (Tequila Crisis – Meksyk), 1997/8 (upadek azjatyckich tygrysów, kryzys w Rosji, Brazylii), 1999/200 (Argentyna), 2001 – 2003 pęknięcie bański na rynku akcji, 2007 (obecny kryzys). Pozostaje zapytać, kiedy będzie następny i co tym razem będzie jego powodem. Od siebie dodam, ze oczywistym kandydatem jest rynek surowców, a co za tym idzie gospodarki krajów zależnych od surowców. Każdy z tych kryzysów był do bólu wykorzystywany przez szybko poruszający się kapitał. Lekarstwo było zresztą tylko jedno (przepisywane przez MFW i Bank Światowy) – wysokie stopy procentowe, dalsza deregulacja, prywatyzacja i cięcia w wydatkach państwa. Nietypowym przykładem takiego skorzystania z tragedii było to, co działo się na Sri Lance (dawniej Cejlon)po uderzeniu tsunami (grudzień 2004). Pieniądze pomocowe zostały tam roztrwonione, a deweloperzy wykorzystali sytuację odbierając od wieków mieszkającym tam rybakom ich ziemię.

Klein twierdzi, że obecna forma kapitalizmu żywi się w dużej części katastrofami. Im większa, tym wyższe mogą być zyski. To z pewnością jest bardzo bulwersująca teza, ale została w tej książce solidnie udokumentowana. Stąd druga część tytułu „The Rise of Disaster Capitalism”. Bardzo ciekawa jest część poświęcona rozbudowie sektora „bezpieczniackiego” (to moja nazwa) gospodarki. Po nieszczęściu, którym było uderzenie terrorystów na World Trade Center (11 września 2001) ten segment gospodarki dostał olbrzymiego „kopa”. Nawet bez książki Klein wiemy, że w centrum uwagi wielu rządów, a przede wszystkim administracji USA stały się od tego ataku sprawy bezpieczeństwa (rozumianego jako „security”, a nie „safety”). Autorka opisuje gwałtowny rozwój firm tego sektora, podaje liczne przykłady ich zaangażowania i udziału w nim polityków. Ciekawostką może być na przykład to, że gospodarka Izraela zaczęła się gwałtownie rozwijać właśnie dlatego, że wzrósł popyt na technologie „bezpieczniackie”. Prywatne firmy z USA związane z tym sektorem (np. Halliburton), czy będące w zasadzie prywatnymi siłami zbrojnymi (BlackWater) stały się potęgami. I znowu ciekawostka – w Iraku jest niewiele mniej pracowników takich firm niż żołnierzy amerykańskich. Małe memento dla Baracka Obamy – Klein twierdzi, że ponad 80 procent funduszy, które firmy te wydają na wspieranie polityków wpływa na konto Partii Republikańskiej.

Po przeczytaniu tek książki można mieć naprawdę bardzo niewesołe myśli. Można nawet wysnuć wnioski, których tutaj nie przedstawię. Mogę tylko powiedzieć, że nie dziwię się Johnowi le Carré (brytyjski pisarz powieści szpiegowski, w latach 1959 – 64 pracownik MI6, czyli wywiadu brytyjskiego) napisał o tej książce tak: „pełna pasji, ogromnie pouczająca, cudownie kontrowersyjna i cholernie przerażająca”. A przecież Klein nie napisała prawie niczego o fenomenie rynków finansowych, których charakter w ostatnich latach gruntownie się zmienił, a które mogą niedługo stać się poważnym zagrożeniem dla świata. Niewiele też pisała o zastąpieniu demokracji przez rządy sektora medialno-korporacyjno-finansowego, czy o powstaniu klasy ludzi, których wyhodowały reformy neoliberalne, a którzy stali się wyborcami partii populistycznych. W tej ostatniej sprawie kłania się „Klęska Solidarności” Davida Osta – znakomite uzupełnienie dla Klein. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nawet ludzie o poglądach neoliberalnych powinni tę książkę przeczytać. Naomi Klein znienawidzą, ale może coś z jej poglądów spowoduje, że z czasem, tak jak Jeffrey Sachs (też jeden z bohaterów książki, niektórzy twierdzą, że prawdziwy autor polskich przemian), zmienią zdanie. Zachęcam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński