Kto rozumie inflację i dlaczego deflacja jest zła?

Po raz pierwszy w historii prawdopodobnie doświadczymy deflacji. W letnich miesiącach najprawdopodobniej odnotujemy ujemną dynamikę cen. Oznacza to, że towary będą teoretycznie tanieć. Prognozowana inflacja w 2014 roku to tylko 0,2%. To znacznie poniżej celu NBP, który wynosi 2,5%. Na inflację w tej wysokości będziemy musieli poczekać do końca 2016 roku.

Nigdy nie zapomnę gdy profesor Balcerowicz odwiedził moje rodzinne miasto – Zieloną Górę. W pięknej auli Gagarina (gdyż twarz tego kosmonauty zdobiła fasadę budynku UZ, w której mieściła się aula) odpowiadał na pytania studentów i licealistów. Na wykładzie byłem w ramach licealnej wycieczki i już wtedy zdziwiło mnie, dlaczego na prezentacji obrazującej sukcesy gospodarcze kraju zestawia się nas z Kazachstanem, Gruzją, itp. państwami? Teraz już wiem, że to była zasada kontrastu – im biedniejszy jest kraj porównawczy tym lepiej wypadamy. Teraz to by nie przeszło, bo Kazachstan urósł w statystykach (nie licząc inflacji, która jest tam dosyć sporym problemem).

Jeden z uczniów zapytał profesora jaka „szkoła” inflacji jest dobra – „amerykańska”, która dąży do utrzymania jej na poziomie ok. 2-3% czy „europejska”, którą zbija inflację do zera. Profesor odpowiedział, że nie ma takiej szkoły i inflacja ma być jak najniższa. Nie ma i już!

Głośne brawa i szyderczy śmiech wyśmianego przez kolegów ucznia, którego charyzmatyczny profesor ustawił do pionu były najlepszą lekcją dotyczącą inflacji w moim życiu. Wbiłem sobie wtedy do łba, że im niższa inflacja tym lepiej i należy z nią walczyć wszelkimi dostępnymi metodami. Potem zaczęły pojawiać się pytania – po co za wszelką cenę obniżać inflację skoro ujemna dynamika jest zła? Dlaczego cel inflacyjny to 2,5%? Dlaczego inflacja nie może być zerowa? Można powiedzieć, że na nudnych pytaniach do samego siebie zmarnowałem sobie życie, ale…

…w końcu zrozumiałem, że z inflacją jest zawsze problem

Gdy ceny rosną z powodu wzrostu podaży pieniądza lub na skutek regulacji państwowych to mamy do czynienia z inflacją złą, paskudną i najgorszą z możliwych. Jeśli jednak ceny niektórych produktów rosną z powodu obiektywnego zwiększenia ich jakości, wydajności lub naturalnego wzrostu popytu/spadku podaży to w sumie nie ma w tym nic złego.

Rynek działa trochę jak system naczyń połączonych więc można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że wzrost cen na jedne produkty powoduje spadek cen innych (konkurencja, itp.).  Oczywiście kłopot się pojawia gdy drożeją dobra pierwszej potrzeby i dobra niższego rzędu w sytuacji, gdy nie rośnie nam dochód. Dyskusję o tym, czym jest inflacja można prowadzić do rana.

Trzy różne problemy

Niemniej przyjmuje się, że gdy przekracza ona rozsądną granicę ok. 5% rocznie to mamy problem. Dokładnie to problem „większy”. Gdy jest mniejsza od 5% to mamy problem „mniejszy”. Nie będzie zaskoczeniem jeśli napiszę, że problem „mniejszy” jest lepszy od „większego”. Ale teraz uwaga. Mamy też trzecią kategorię problemu – problem „niezrozumiały”. I właśnie takim kłopotem jest deflacja.

W praktyce obecna sytuacja związana z ujemną dynamiką cen, czyli deflacją w zasadzie nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Z analizy danych odnośnie do cen wynika, że odnotowywany statystycznie spadek cen praktycznie jest nieodczuwalny. W teorii potanieje żywność, bo mieliśmy ciepłą zimę i wszystko ładnie urosło. W teorii też na skutek blokady eksportu wieprzowiny na Wschód – zwiększyła się podaż tego rodzaju mięsa na rynku, a zatem ceny odrobinę spadły.

W zeszłym roku zmniejszyły się też ceny energii o ponad 1%. Dodając do tego letnie wyprzedaże – będziemy mieli lekkie obniżki w kategorii odzież i obuwie- chociaż jak udowodnił Krzysztof Kolany wieczna deflacja na rynku obuwia to mit .  Najbardziej inflacyjne towary, czyli takie, które drożejąc powodują wzrost cen pozostałych produktów to paliwo i… cukier. Paliwo w mojej opinii drożeje nawet jak tanieje, bo w mediach cały czas informują o obniżkach, ale gdy ja muszę tankować to zawsze płacę więcej niż poprzednio. I miliony Polaków razem ze mną. Paliwo dla mnie potanieje jak przestanie kosztować ok. 5,5 zł tylko cena wyniesie mniej niż 4 zł (ale ten VAT, akcyza – przecież to musi być!)

W przypadku cukru nie wypowiadam się w ogóle, bo jest to produkt wyjątkowo spekulacyjny. Gdy tylko jakiś analityk rzuci hasłem, że ceny cukru pójdą w górę to ludzie wpadają w panikę i masowo go wykupują. Zupełnie jakby większość Polaków nie robiła nic innego tylko piekła ciasta i słodziła herbatę. Z lektury komentarzy raczej wynika, że zamiast słodzić to tylko mieszają łyżeczką w filiżance, bo już jest tak źle, że nawet na cukier nikogo nie stać.

Wzrost wartości bezwartościowego pieniądza

Ale powracając do niezrozumiałego problemu deflacji pragnę wyjaśnić dlaczego ekonomiści się jej boją. Z natury rzeczy konsumenci powinni być szczęścili, że rośnie im siła nabywcza pieniądza. Większość konserwatywnych znawców wolnego rynku twierdzi, że nie ma lepszej sytuacji, gdy wartość zgromadzonych w portfelu pieniędzy rośnie i można nabyć za nie więcej produktów.

Łukasz PIechowiak
Sprawdź moje komentarze na Blogbank.pl i Facebooku.

Dokładnie Ci sami znawcy ekonomii na każdym kroku podkreślają, że pieniądz fiducjarny (sztuczny papierowy i nieoparty na żadnym kruszcu) nie ma żadnej wartości i ogólnie powinniśmy nimi palić w piecu. Zatem to dobrze, gdy „bezwartościowy pieniądz” nabiera wartości na skutek spadku podaży „bezwartościowych pieniędzy”. To oczywiście lepsze niż sytuacja gdy  „bezwartościowy pieniądz” traci na wartości na skutek wzrostu podaży „bezwartościowych pieniędzy”. UWIELBIAM TO!

I tak oto dochodzimy do wniosku, że w takich warunkach STAŁA deflacja z punktu widzenia konsumentów jest bardzo pożądanym zjawiskiem, bo mogą kupić więcej chleba i piwa za te same pieniądze.

Deflacja deflacji nierówna

Niby logiczne, a jednak ma swoje wady. Przede wszystkim dlatego, że cały czas mowa o pieniądzu fiducjarnym, czyli kreowanym przez banki. Deflacja dla pieniądza kruszcowego to zupełnie inna rzecz i wtedy rzeczywiście można używać takiej argumentacji.  Wzrost wartości takiego pieniądza ma charakter naturalny związany z faktem, że mamy ograniczoną podaż surowca, z którego jest on wytwarzany.

Wówczas firmy wydając pieniądze zyskujące na wartości zastanawiają się dziesięć razy zanim przeznaczą środki na inwestycje niemające szans przynieść żadnej większej korzyści. Wówczas również banki zaczynają uczciwie zabiegać o klienta, bo przecież nie mogą kreować same pieniądza (lub mogą w ograniczonym stopniu) i zamiast oferować konta na kiepski procent – prezentują naprawdę dobrą ofertę, która byłaby korzystniejsza od trzymania oszczędności w skarpecie. Żeby taką ofertę przygotować muszą zarabiać.

Zarabiają na kredytach, które zaczynają udzielać z głową tylko tym, którzy rzeczywiście mają szanse odnieść sukces. Ograniczają głupkowate kredyty konsumpcyjne (rośnie cena pożyczek), a więcej środków przeznaczają na inwestycje, np. w kopalnię złota, której sukces może oznaczać wzrost podaży kruszcu i wywołać inflację. YEAH!

Ale gdy mowa o pieniądzu, który można praktycznie kreować bez końca to sprawa jest co najmniej dziwna i niezrozumiała. O ile ma to charakter przejściowy jak obecnie to jeszcze nie ma powodu do paniki, ale gdy deflacja trwa latami (jak w Japonii) to mamy kłopot, bo gospodarka nie ma motywacji do rozwoju i wzrostu.

Jeśli śmieciowy pieniądz, którego w dodatku podaż cały czas rośnie, zwiększa swoją siłę nabywczą to tracą na tym firmy. Przedsiębiorstwa nie mają motywacji do produkcji, bo muszą wytwarzać coraz więcej dóbr by zarobić ciągle te same pieniądze. W tym kontekście o wiele lepiej i łatwiej planuje się wydatki i inwestycje w warunkach inflacji, której wystąpienie uruchamia znane i dokładnie zbadane zachowania konsumentów. Lepiej walczyć z wrogiem, którego się zna. Jak widać po powyższym wpisie – inflacja i deflacja to temat rzeka. Pasjonujący dla ekonomistów, ale nudny jak cholera dla przeciętnego zjadacza chleba.

/Piechowiak

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak